(( Rozdział III: Pięć, cz. IV )) [ środa, 2 kwietnia 2008 | 00:14:57 ]
Szewc Carinor myślał, że uda mu się wymknąć z domu niepostrzeżenie, lecz – jak zwykle – nie docenił swej żony. Już naciskał klamkę od drzwi wejściowych, gdy usłyszał za sobą jej głos.
- A gdzie ty się znowu wybierasz?
- To ty, Rina? – zapytał, jakby nigdy nic. – Myślałem, że już śpisz, kochanie...
- Właśnie widzę – skomentowała, podchodząc do niego. – Gdzie idziesz?
Carinor rozpaczliwie próbował znaleźć jakąś wiarygodną wymówkę, lecz żona sama mu ją podsunęła.
- Znowu chcesz przesiedzieć całą noc w gospodzie, tak?! – wrzasnęła.
- No wiesz... – odrzekł. – Nie całą... Ale muszę iść! – zapewnił.- Shëar zaręczył się z Aríą więc musimy to uczcić z nim i z chłopakami...
- Wam to nie potrzeba zbyt dużego powodu, żeby pić! Moglibyście nawet oblewać i to, że ktoś sobie przyszył guzik do rękawa! – parsknęła Rina. Po chwili jednak zmieniła ton. – Mówisz więc, że Shëar zaręczył się z Aríą...? Kto by pomyślał... – zamyśliła się na chwilę, jakby coś rozważała, po czym rzekła – No dobra, idź. I złóż Shëarowi życzenia wszystkiego najlepszego ode mnie... Ale jeśli wrócisz do domu nad ranem, bądź całkiem pijany, to będziesz spał na dworze – zagroziła. – Przez najbliższy miesiąc!
- Dobrze najdroższa! – powiedział i wyszedł szybko, żeby Rina nie zdążyła zmienić decyzji.
„No!” – pomyślał sobie. – „Tym razem się udało... Ale na następny raz lepiej nie liczyć na szczęście przy wymykaniu się, tylko przygotować sobie jakąś porządną wymówkę...”
Na zewnątrz zapadł już zmrok. Szewc zdziwił się trochę, iż na drodze nie było widać żadnych górników – zwykle o tej porze druga zmiana ruszała do kopalni. Zamiast nich po Fërane kręciło się jakby więcej strażników. Przyglądali się mu podejrzliwie, za każdym razem, gdy któregoś z nich mijał.
Carinor domyślił się, iż ilość żołnierzy w wiosce zwiększono w związku z tymi dwoma morderstwami, lecz nie miał najmniejszego pojęcia dlaczego górnicy nie ruszają do pracy... Czyżby mieli dzisiaj wolne? Ale niby z jakiej okazji?
Zresztą – co go to obchodzi? Chociaż... Przez to w wiosce będzie więcej ludzi, a to stanowi pewne zagrożenie dla jego planów...
Nikt nie może się o tym dowiedzieć...
Z gospody dobiegały lekko przytłumione dźwięki jakiejś skocznej melodii i gwar rozmów. Przez otwarte drzwi szewc mógł zobaczyć, że tam również jest więcej ludzi niż zwykle. Zajęte były już wszystkie miejsca przy stolikach, kilka na nich i jeszcze więcej pod nimi – te ostatnie zapewne przez tych, którzy rozpoczęli zabawę nieco wcześniej.
Carinor minął jednak karczmę i szedł dalej, przemykając między chatami i starając się nie rzucać w oczy. Wbrew temu, co powiedział żonie, nie zamierzał tej nocy spędzić w gospodzie. Miał trochę inne plany, chociaż można by powiedzieć, że również zaliczał je do rozrywki. Poza tym był pewien, że przyjaciele jak zwykle go nie zawiodą i wypytywani nazajutrz przez Rinę, opowiedzą jej, jak świetnie bawili się w gospodzie razem z nim.
Gdy wreszcie dotarł do chaty, która była jego celem, zauważył nadchodzących z naprzeciwka dwóch strażników z pochodniami. Czym prędzej schował się za beczkę stojącą przy bocznej ścianie domku i przeczekał tam, aż odejdą na bezpieczną odległość. Widocznie nie zauważyli go, gdyż przeszli spokojnie obok, rozmawiając o czymś między sobą.
Carinor odetchnął z ulgą, chociaż w następnej chwili pomyślał, że taka czujność strażników nie wróży dla wioski niczego dobrego...
Upewnił się, że nikt więcej go nie zobaczy i szybko podbiegł do drzwi. Zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę, lecz drzwi nie ustąpiły. Zaklął cicho pod nosem, po czym znów rozejrzał się dookoła. Chyba w dalszym ciągu nikt go nie widział, więc zdecydował się na bardziej drastyczne kroki i zapukał trzy razy. Natychmiast po tym usłyszał szczęk klucza w zamku, a po chwili drzwi uchyliły się lekko i ukazała się w nich piękna, młoda, jasnowłosa kobieta, trzymająca w prawej dłoni świecę.
- Witaj, Theís – powiedział Carinor. – Tęskniłaś?
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się z dzikim błyskiem w oku, złapała go za rękę i wciągnęła do środka. Szybko zamknęła za sobą drzwi, odstawiła świeczkę na stojącą obok szafkę i rzuciła mu się w ramiona, całując go namiętnie.
- Pewnie, że tęskniłam! – powiedziała po chwili, przerywając pocałunki. – Nikt cię nie widział...?
- Nie.
- A Rina?
- Z nią też nie będzie problemów. Myśli, że siedzę w karczmie. Mamy dla siebie całą noc.
- No to chodź... – szepnęła i pociągnęła go za sobą w stronę pomieszczenia sypialnego, zasypując go po drodze pocałunkami.
Carinor nie widział za dobrze w półmroku panującym w pomieszczeniu, toteż nie zauważył stojącego tam wiadra. Potrącone przez niego naczynie przeróciło się, a jego zawartość wysypała na podłogę. Szewc schylił się i podniósł jeden z przedmiotów, które z niego wypadły, by lepiej mu się przyjrzeć. Był to sześciocalowy gwóźdź, używany przez cieślów do wzmacniania konstrukcji.
- Po co ci to? – zapytał.
- Zostaw... Nie teraz – odpowiedziała i znów pociągnęła go w stronę sypialni. – No chodź!
Carinor odrzucił gwóźdź. Uważał się za dżentelmena i nigdy nie odmawiał, gdy jakaś kobieta go o coś prosiła.
* * *
- Długo jeszcze...?
- No przecież mówiłam ci, że nie wiem!
- Spokojnie, tylko pytam...
- Ale już po raz trzydziesty!
Lúthien i Amrod siedzieli na schodach domu Thorina, czekając na jego powrót. Noc zdążyła już rozpalić na niebie tysiące gwiazd. Zdążyła także spowić świat w mroku, który rozświetlała jedynie blada poświata księżyca i noszone przez strażników pochodnie.
Robiło się coraz zimniej. Wiatr od północy niósł z sobą chłód. Narvan rozszumiał się od jego powiewów resztką liści. Mieszkańcy lasu przyłączyli się do tego koncertu zawodząc śpiewnie, pojękując, warcząc i wydając jeszcze masę innych, trudnych do klasyfikacji odgłosów.
- Często macie problemy w związku z tą kopalnią? – zapytał druid.
- Nie, nawet nie... Czasami jakieś zwierzęta kręcą się w pobliżu magazynów, ale przeważnie nikogo nie atakują. Strażnikom zwykle udaje się je przepędzić. Jeśli natomiast pojawią się ożywieńcy, to wzywają mnie, bo nie wszyscy potrafią zabić je tak, by już nie wstawały. Jak na razie najgroźniejszy był skalny smok, który pojawił się tutaj dwa lata temu. Zabił sześciu ludzi, a siedmiu, w tym i Thorina, ciężko poranił. Na szczęście ostatecznie pozostało po nim tylko to. – Lúthien wskazała swe buty. – W samej kopalni także zdarzało się natrafić na większych rozmiarów pająki i nieliczne scarveny... Wiesz, co to są scarveny?
- Oczywiście. Niewielkie, czworonożne stworzenia, żyjące w podziemnych tunelach, bądź jaskiniach. Potrafią poruszać się niezwykle szybko. Przeważnie nie atakują, dopóki nie poczują się zagrożone. Ich ugryzienie jest bardzo trujące. Człowiek umiera od niego w ciągu piętnastu minut, jeżeli nie poda mu się wywaru z czarnego lotosu i belladonny.
- Dokładnie – zgodziła się paladynka. – Co prawda można też próbować pozbyć się toksyn za pomocą magii...
- Ale jest to dosyć ryzykowne w przypadku dostania się do krwi tak dużej ilości jadu – dokończył Amrod. – Lepiej jest użyć czaru „Spowolnienie Trucizny” i szybko przyrządzić wywar.
- Gorzej, jeżeli nie masz już czarnego lotosu i wiesz, że nie rośnie on nigdzie w promieniu wielu mil... – westchnęła Lúthien. – Wtedy musisz użyć magii...
- Zdarzyło ci się kiedyś coś takiego? – zaciekawił się druid.
- Nie, nie mi... – odpowiedziała ze smutkiem. – Seline... Jakiś czas przed tym, jak tutaj przybyłam. I udało jej się wtedy. Uratowała życie jednemu z górników...
Lúthien zamilkła, znów pogrążając się we wspomnieniach o Seline. Amrod wolał się nie odzywać, gdyż wiedział, że cokolwiek by teraz nie powiedział, byłyby to niewłaściwe słowa. Na szczęście dziewczyna szybko otrząsnęła się z zamyślenia i kontynuowała:
- Trzy razy zdarzyło się też, że napadano na magazyny. Dwa razy bandytom udało się wynieść część zgromadzonego tam ekwipunku, lecz przy trzeciej próbie zostali złapani. Chociaż nie poddali się bez walki. Zginęło dwóch strażników i trójka napastników. Pozostałych trzech obezwładniono i pod eskortą wysłano do Thalmaínu, gdzie zostali osądzeni i powieszeni, gdyż, jak się okazało, mieli na sumieniu już więcej takich wyczynów... Ale poza tymi wypadkami mamy tutaj względny spokój.
- Rozumiem... – odrzekł druid, a po chwili milczenia powiedział – Nílmariel wspominała także i o tym, że macie tu w pobliżu jakieś ruiny. To prawda?
- Tak. Na południowy zachód od wioski znajdują się ruiny miasta Starożytnych. Podobno była tam kiedyś piękna świątynia z czarnego kamienia, lecz około czterystu lat temu rozebrano ją, a budulec przewieziono do Thalmaínu, gdzie zbudowano z niego świątynię dla Nerhena... Oprócz tego, Carth twierdził, że na północ od Feranë widział kiedyś niewielką kaplicę Sam’end-un’a... Lecz nikt jednak w to nie uwierzył, gdyż nikt później jej nie znalazł, nawet on sam. Zresztą, nigdy nie słyszałam, żeby gdziekolwiek znaleziono jakąś jego świątynię... Starożytni chyba nie budowali mu miejsc kultu...
- Rzeczywiście, to dość mało prawdopodobne, żeby taka istniała – zgodził się Amrod. A po chwili zapytał – Długo jeszcze będziemy tak tu czekać?
Lúthien nie odpowiedziała już nic, tylko spojrzała błagalnie w niebo, jakby domagała się, by bogowie zesłali jej trochę cierpliwości, by mogła wytrzymać z tym druidem. Lecz nie ujrzała tam niczego, co byłoby w stanie jej pomóc. Jedynym, co przyciągało wzrok na czarnej tafli nieba, były gwiazdy, które tej nocy świeciły nadzwyczaj jasno.
- Myślisz, że tam coś jest? – zapytała dziewczyna.
- Hmm? Gdzie? – Amrod nie bardzo wiedział, co Lúthien miała na myśli, lecz gdy zobaczył, że spogląda w niebo, domyślił się, że to właśnie o nim mówiła. – Tam...? Pewnie tak... Na pewno nieskończone morze tęsknoty...
- Tęsknoty...?
- Tak, tęsknoty. Za domem... I nadzieja, że kiedyś uda się do niego wrócić...
- Pewnie masz rację... – westchnęła, przyglądając się uważnie druidowi. Nie była do końca pewna, dlaczego właśnie tak odpowiedział na to pytanie, lecz jego zmartwiony wyraz twarzy świadczył o tym, że w nim od dawna już kryje się taka tęsknota...
Zresztą – ona sama również odczuwała w tej chwili coś podobnego. Chciała, by Thorin wrócił jak najszybciej. Tak bardzo go teraz potrzebowała... Wczoraj o tej porze to z nim tutaj siedziała... Powiedział wtedy coś dziwnego o gwiazdach... Jak to było? Chyba: „Spójrz, gwiazdy na nas patrzą...”
- Nie na nas, Lúthien. Na ciebie – powiedział nagle Amrod. Widocznie ostatnie słowa palladynka wypowiedziała na głos. – Są zazdrosne o to, że twój blask jest jaśniejszy od nich...
W tym momencie nieboskłon przecięła smuga spadającej gwiazdy.
- Widziałeś? – zapytała uradowana tym widokiem Lúthien.
- Tak... – odrzekł Amrod. – Może powinnaś się schować?
- Schować? A to niby czemu?
- Bo najwyraźniej jak te gwiazdy tak patrzą na ziemię i cię na niej widzą, to myślą, że niebo jest tutaj i się przenoszą...
Dziewczyna uśmiechnęła się i spojrzała na Amroda.
- Lepiej pomyśl jakieś życzenie – powiedziała.
- A na pewno się spełni?
- Oczywiście.
- To się nawet dobrze składa – ucieszył się druid. – Bo naprawdę przydałyby mi się jakieś nowe, ciepłe skarpety na zimę.
Paladynka roześmiała się głośno.
- Ciepłe skarpety na zimę? – zapytała. – To jest szczyt twoich marzeń?
- Kiedy tak tu z tobą siedzę, to niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba – odrzekł Amrod, tak spokojnie, poważnie i zdecydowanie, że Lúthien aż zadrżała pod ciężarem prawdziwości tych słów. Widząc to jednak, Amrod przypomniał sobie, że jeszcze wczoraj obiecał jej, że będą jedynie przyjaciółmi i opanował się szybko. – A ty lepiej sobie zażycz, żeby Thorin szybko wrócił, bo się zimno robi – dodał, obracając wszystko w żart i odsuwając się nieco, aby chęć ujęcia twarzy dziewczyny w dłonie i złożenia na jej ustach pocałunku nie okazała się zbyt silna...
- Chyba już nie muszę... – odrzekła paladynka, spoglądając przed siebie i wciąż rozważając w myślach usłyszane przed chwilą słowa i spojrzenie druida, których niegdyś tak strasznie pragnęła...
- Nie...?
- Wydaje mi się, że to on tam idzie. – Ruchem głowy dziewczyna wskazała zmierzającą ku nim postać.
To rzeczywiście był Thorin. Lúthien wstała i wybiegła mu na spotkanie. Nie podobało jej się uczucie niepewności, którego przed chwilą doświadczyła. Potrzebowała jak najszybciej czegoś pewnego, więc pocałowała ukochanego na powitanie.
- Jak dobrze, że już jesteś... – powiedziała. – Koniecznie muszę z tobą porozmawiać... Ale to później. Najpierw chciałabym ci kogoś przedstawić.
Amrod wstał szybko, słysząc, że paladynka o nim mówi.
- To jest Amrod – kontynuowała dziewczyna. – Mój dawny przyjaciel. Amrodzie, to jest Thorin.
- Witaj – powiedział wojownik, przyglądając się badawczo druidowi.
- Bądź pozdrowiony – odrzekł ten, uścisnąwszy prawicę kapitana straży.
- Amrod ma dla ciebie pewną propozycję, która powinna cię zainteresować – powiedziała Lúthien.
- Doprawdy? – Thorin uniósł lekko brwi w zaciekawieniu.
- W istocie – odrzekł druid. – Otóż podejrzewam, iż moi przyjaciele i ja możemy pomóc rozwiązać ci pewien problem. Dokładniej mówiąc, chcemy pomóc ci pozbyć się niechcianych lokatorów z waszej kopalni.
- To rzeczywiście brzmi interesująco – przyznał wojownik. – W takim razie zamieniam się w słuch...
I po tych słowach, Amrod zaczął przedstawiać Thoriowi propozycję Sanasira.
A gwiazdy na niebie wciąż połyskiwały ostrzegawczo, starając się ostrzec ludzi przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Lecz oni zdawali się nie rozumieć ich rozpaczliwego migotania.
* * *
Theís leżała szczęśliwa u boku Carinora, z głową spoczywającą na jego piersi. Z przymkniętymi oczyma wsłuchiwała się w miarowy oddech mężczyzny.
„Było cudownie” – pomyślała. – „Jak zawsze, gdy jestem z Tobą... Szkoda tylko, że zasnąłeś... Ale to i tak dobrze, bo zwykle nie mogłeś nawet zostać, tylko od razu się ubierałeś i wracałeś do Riny...”
Theís strasznie zazdrościła jej tego, iż mogła być z tym wspaniałym mężczyzną codziennie, a nie tak, jak ona – najczęściej dwa razy w tygodniu... Przynajmniej tej nocy miała go tylko dla siebie.
Dziewczyna postanowiła napić się wody, gdyż od tych nocnych igraszek całkowicie zaschło jej w ustach. Wstała więc powoli i ostrożnie, aby nie zbudzić Carinora, zarzuciła na siebie leżący nieopodal łóżka płaszcz i wyszła z sypialni. Całe szczęście, że nie musiała otwierać drzwi do kuchni, których nie zamknęli, gdy zmierzali do łóżka. Były one bowiem już bardzo stare i okropnie skrzypiały.
- Ajć! – wyrwało jej się, gdy postawiła stopę za progiem pomieszczenia. Poczuła, że staje na czymś twardym, zimnym i bardzo niewygodnym dla bosej stopy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że stoi na jednym z sześciocalowych gwoździ, które wysypał jej kochanek. Theís kupiła je, gdyż dach jej domu wymagał naprawy. Zamierzała poprosić o pomoc Carinora – dzięki temu miałby powody, by częściej do niej przychodzić. Ale tę dobrą wiadomość zamierzała przekazać mu później.
Na razie nie chciało jej się ich zbierać z powrotem do wiadra, więc postanowiła je jedynie porozsuwać na boki stopami. Spojrzała na łóżko, czy jej głos, bądź też dźwięki przesuwanych gwoździ nie obudziły Carinora, lecz ten spał dalej. Przewrócił się jedynie na lewy bok.
Dziewczyna dokończyła więc „sprzątanie” i podeszła do jednej z szafek. Wzięła leżącą na niej hubkę i krzesiwo i przy ich pomocy zapaliła stojącą obok świecę. Z drugiej szafki wyciągnęła zaś gliniany kubek. Wygoniła z niego pająka, który nie wiadomo skąd się tam wziął, po czym pochyliła się i zanurzyła naczynie w stojącym obok szafek wiadrze z wodą. Zaczerpnęła trochę i zaczęła pić.
Po drugim łyku nagle usłyszała za sobą szmer kroków, lecz nim zdążyła się obrócić, poczuła silny cios czymś twardym w głowę i nieprzytomna osunęła się na ziemię.
* * *
- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. – Amrod uścisnął dłoń Thorina, który z chęcią zgodził się na propozycję drużyny Sanasira.
- To kiedy będziecie mogli zacząć? – zapytał.
- Myślę, ze jutro wieczorem – odrzekł Amrod. – Musimy się najpierw przygotować. I znaleźć jednego z naszych wojowników... Może ty, bądź któryś z twoich żołnierzy go widzieliście? Taki wysoki, dobrze zbudowany blondyn w rastaveńskiej zbroi skórzanej...?
- Nie... Chyba nie... – powiedział Thorin po chwili namysłu. – Ale z tą kopalnią może być pewien kłopot. Otóż te kopalnie należały niegdyś do Starożytnych. Gdy ludzie tutaj przybyli, znaczna cześć chodników była już wykopana... W każdym bądź razie, problem polega na tym, iż Starożytni zamontowali bramę w otworze wejściowym do kopalni. Wrota te zamykane są pewnym kluczem, który znaleziono w pobliskich ruinach ich miasta... Dzisiejszego ranka wrota te zostały zamknięte przez nazera, po tym, jak dowiedział się o skolopendromorfach i teraz on ma do nich klucz... I nie wiem, czy zechce go wam oddać dobrowolnie...
- Ach, o to się nie martw – Amrod uśmiechnął się przebiegle. – Myślę, że zdołamy go przekonać. Powiedz mi tylko gdzie on mieszka.
- Zatrzymał się u kupca Tindhara – poinformowała Lúthien. – To najlepszy dom w Feranë, łatwo go znaleźć.
- Jest jeszcze coś – dodał Thorin. – Ten klucz wcale nie wygląda jak klucz. Jest to kostka wielkości zaciśniętej pięści, mająca na jednej ze ścian symbol wyglądający jak oko z rzęsami i łzą...
- Bądź jak odwrócona do góry nogami cyfra pięć – uzupełniła Lúthien.
- Wiem o co chodzi – stwierdził Amrod. – To jeden z najczęściej pojawiających się u Starożytnych symboli... No to to już by chyba było wszystko, czego potrzebujemy, by zacząć... – druid zamyślił się na chwilę. – Acha, jeszcze jedno! – dodał. – Wchodzimy tam sami. Nie chcemy żadnego wsparcia. Mamy swoje metody pracy i nie lubimy, gdy ktoś się nam plącze pod nogami i przeszkadza cały czas... Tak więc nie wejdzie tam z nami żaden z twoich żołnierzy, ani nawet ty sam. Tylko nasza szóstka.
- I myślicie, że dacie sobie radę? – to była jedyna część planu, co do której Thorin wciąż miał wątpliwości.
- Jesteśmy tego pewni. Więc jak?
Kapitan zawahał się nad odpowiedzią. Nie powinien narażać życia tych ludzi. Tym bardziej, że nie chcą oni nawet za to żadnych pieniędzy... Ale Lúthien zapewniał, że wcześniej robili oni już takie rzeczy i że są w tym dobrzy. A jeśli górnicy nie chcą, by ich rodziny głodowały, muszą pracować, zaś dopóki kopalnia jest zamknięta, nie będą mieli do tego okazji.
- Dobrze więc – powiedział po dłuższej chwili zastanowienia. – Niech będzie. Jeśli wam się uda, to cała Feranë będzie wam wdzięczna i prędzej wyrzucimy stąd nazera, niż was.
- Bez obaw, nie zawiedziemy was – zapewnił Amrod, po czym skłonił się lekko. – A teraz lepiej już pójdę. W obozie zapewne z niecierpliwością czekają na wieści. Bywajcie.
Uśmiechnął się jeszcze do Lúthien, na do widzenia, po czym odszedł, wciąż lekko kulejąc i powtarzając sobie w myślach, by się nie oglądać za siebie, gdyż to i tak nic nie da.
I prawie mu się to udało...
Lecz Lúthien była już zajęta czymś innym. Usiadła wraz z Thorinem na schodach i zapytała:
- Gdzie byłeś tak długo?
- Shanghir zażyczył sobie, bym pokazał mu nasze magazyny. Myślałem z początku, że to będzie tylko zwykła kontrola, lecz okazało się, że zamierza wziąć część tego uzbrojenia „na potrzeby zakonu nazerskiego”. Dość pokaźną część broni i zbroi rozkazał przetransportować do Thalmaínu, skąd zostaną one rozprowadzone do sług Nerhena w południowej Nes. Lubię swoje życie, więc wolałem się nie sprzeciwiać...
Słysząc, jak Thorin mówi o swym życiu, Lúthien uświadomiła sobie nagle, że z tego wszystkiego zapomniała opowiedzieć Amrodowi o swym dzisiejszym śnie. Jednakże druida już nie było nawet widać. Postanowiła więc zaczekać z tym do jutra.
Przytuliła się do Thorina. Chciała mu powiedzieć tyle rzeczy, że nie wiedziała nawet od czego zacząć...
Zamiast tego więc spojrzała w niebo. I zdziwiła się, gdyż gwiazdy nie migotały już tak, jak przed chwilą. Przygasły jakby i świeciły monotonnym, bladym i chłodnym światłem.
Po prostu wiedziały, że już jest za późno.
____________________________________________
No dobra... może i nie działo się więcej, niż w poprzedniej części... To był tylko taki "chu-łyt mar-ten-din-gowy"... ;)
Ale za to w następnej będzie dużo ciekawych rzeczy dla wszystkich fanów (i przede wszystkim fanek) Xeeverotha i Feira! ;)
:: Amrod ::
(( Rozdział III: Pięć, cz. III )) [ środa, 6 lutego 2008 | 00:05:24 ]
- Amrod! – Nad obozowiskiem drużyny Sanasira rozległ się donośny głos jej dowódcy. – Wyłaź wreszcie z tego namiotu i chodź tu do nas! Ile można czekać?!
- Idę, już idę! – Odpowiedział mu nieco stłumiony głos druida. – Muszę jeszcze tylko zabić pewną latającą jaszczurkę!
- No to się pospiesz!
Sanasir, Nílmariel, Nessa i Feír siedzieli przy rozpalonym pośrodku polany ognisku. Po kilku dniach i nocach, w czasie których bez przerwy jest się w drodze, taki sposób spędzania wieczorów jest czymś niezwykle przyjemnym i porównywalnym jedynie z miską ciepłej kaszy z mięsem po kilkudniowym poście.
Nessa i Sanasir siedzieli razem, objęci i co jakiś czas szeptali coś do siebie. Zamyślona Nílmariel zapatrzyła się w ogień skaczący z trzaskiem po płonących drwach. Feír zaś spoglądał niewidzącym wzrokiem w mroczną ścianę lasu, jakby próbując ją przeniknąć i dostrzec to, co znajdowało się poza nią. A o czym myślał – tego nie wiedział nikt.
Z namiotu druida dobiegł ich nagle jakiś głośny trzask, po którym rozległ się jeszcze głośniejszy łomot i krótki krzyk. W tej samej chwili wyleciał z niego Rhast, który po kilku machnięciach skrzydeł dołączył do czwórki przy ognisku.
- Co zrobiłeś z Amrodem? – zapytała go podejrzliwie Nílmariel, gdy zatoczył nad nimi krąg.
- Eee, nic... – odparł smok. – To znaczy, nic mu nie będzie... Chyba...
- Chyba...? – czarodziejka uniosła lekko brwi.
- No tak... Bo widzisz, znowu mieliśmy małą różnicę zdań... Próbował mnie złapać, ale się potknął o skrzynię...
- Ach, więc stąd ten hałas? – próbowała upewnić się Níl.
- No... niezupełnie... – odrzekł Rhast. – Bo jak się potknął, to się chciał czegoś przytrzymać, więc złapał się innej skrzyni, ale ona też się przewróciła. A tak się nieszczęśliwie złożyło, że na tej skrzyni stały jeszcze dwie i to właśnie one narobiły tego łomotu, gdy na niego spadały... Ale jak już mówiłem, raczej nic mu się nie stało.
- Jak tak dalej będzie, to kiedyś naprawdę się pozabijacie – stwierdziła Nessa.
- E, tam – odrzekł jej na to smok. – To tylko takie przyjacielskie sprzeczki.
W tym właśnie momencie ze swego namiotu wyszedł Amrod. Nie dało się nie zauważyć, że gdy szedł w stronę ogniska, kulał lekko na lewą nogę, a prawy bark rozcierał lewą ręką. Bez słowa podszedł do swych przyjaciół i – rzuciwszy Rhastowi mordercze spojrzenie – usiadł wśród nich.
- No dobra – powiedział Sanasir. – Teraz mi jeszcze powiedzcie, gdzie jest Xeeveroth.
- No cóż... – westchnęła Nílmariel. – Prawdę mówiąc, to nie mamy pojęcia. Szliśmy razem do wioski, ale gdy tylko tam dotarliśmy, od razu gdzieś przepadł.
- Kto jak kto, ale on to na pewno da sobie radę – stwierdził Amrod.
Sanasir uśmiechnął się tylko.
- W to nie wątpię – powiedzial. – Żebyśmy tylko nie musieli znowu przez niego uciekać... No ale mniejsza z tym. Szkoda, że go nie ma, bo chciałem was o coś zapytać. Mieliśmy tutaj zostać tylko na dwa dni. Co prawda było to założenie, w którym główną rolę odgrywały miękkie łóżka w gospodzie, ale wyszło jak wyszło. W każdym bądź razie – właśnie kończy się ten drugi dzień, więc wypadałoby się zastanowić: co dalej? Przezimujemy w Nes, czy będziemy próbować przedostać się do Vassinarii zanim spadnie śnieg? A jeśli wybieramy to drugie, to jedziemy dłuższą i bezpieczniejszą drogą przez Stëarn, czy też próbujemy przeprawić się przez Przełęcz Arona?
- Jak to: „co dalej”? – zdziwił się Rhast. – Jedziemy do Vassinarii! I to przez Przełęcz Arona, w końcu im szybciej, tym lepiej. Musimy zdążyć przed opadami śniegu, bo w tych rejonach zima bywa dość mroźna a opady śniegu obfite, więc drogi zapewne będą nieprzejezdne. A ja nie mam zamiaru utknąć na jakimś odludziu w Nes, czy co gorsza gdzieś tutaj, w lasach Narvanu! Tym bardziej, że skarb Deverotha nie będzie na nas czekał w nieskończoność! W każdej chwili ktoś może nam go zacharapcić!
- Dokładnie – zgodziła się Nessa. – Podoba mi się twój sposób myślenia, smoku! Do Vassinarii!
- Spokojnie – zabrał głos druid. – Przecież nie mamy nawet pewności, czy ten skarb naprawdę tam jest. Ani czy w ogóle istnieje...Wszystko, na czym opieramy swoje domysły, to krótka wzmianka w starej księdze.
- To prawda – zgodziła się Nessa. – Pewności nie mamy. Ale jeżeli ten skarb rzeczywiście jest gdzieś pośród ruin kompleksu świątynnego w Dorimo w Vassinarii, to lepiej by było, gdybyśmy dotarli tam jak najszybciej.
- Wydaje mi się – wtrąciła elfka – że oboje macie trochę racji. Otóż, jeżeli ten skarb istnieje, to rzeczywiście najlepiej by było, gdyby udało nam się do niego trafić jako pierwszym. Jednakże o ile dobrze pamiętam, jest tylko jeden egzemplarz księgi traktującej o życiu i dokonaniach Deverotha i to właśnie my jesteśmy w jej posiadaniu.
- Owszem, tak właśnie jest – przytaknęła Nessa.
- W takim razie nie musimy się chyba obawiać, że ktoś oprócz nas dowie się o lokalizacji jego krypty i ją splądruje – ciągnęła dalej Nílmariel. – Tym bardziej, że tylko w tej księdze jest napisane jak uzyskać do niej dostęp, co wyklucza ewentualność odkrycia skarbu przez jakąś hienę cmentarną... Tak więc uważam, że nie ma się gdzie spieszyć. Tym bardziej, że być może i tutaj znajdziemy coś interesującego. Wiecie, że kiedyś, nieopodal dzisiejszej Feranë, znajdowało się miasto Starożytnych?
- Doprawdy? – zdziwił się Sanasir.
- Doprawdy. Widzieliście zapewne mój nowy pas? Znaleziono go tutaj. W kopalni. Był zakopany w czymś, co wyglądało na starożytny grobowiec. Być może pod ziemią znajduje się tu więcej takich artefaktów?
- A ten pas naprawdę nasycony jest jakąś potężną, lecz nieznaną nam magią – dodała Nessa. Wystarczy wziąć go do ręki, by poczuć mrowienie od drzemiącej w nim mocy. Próbowałyśmy go zidentyfikować, lecz nic z tego nie wyszło. Nawet Feír nic nie wskórał... Może rzeczywiście powinniśmy się tutaj lepiej rozejrzeć?
- Więc co w takim razie... – zaczął Sanasir, już lecz nie dokończył, gdyż zobaczył nagle, że po drugiej stronie polany, zza drzew wyskoczył duży, drapieżny kot. Dokładniej mówiąc – była to czarna pantera. Gdyby tylko zastygła w bezruchu, byłaby praktycznie niewidoczna pośród ciemności i cieni nocy. Jedynym, co mogłoby ją zdradzić, byłyby jej dziwne, białe ślepia, jaśniejące w mroku niczym świetliki.
Ta pantera jednakże nie miała ochoty kryć się w ciemnościach – w kilku susach przemierzyła polanę, kierując się wprost na obozującą przy ognisku piątkę. I zanim Sanasir zdążył cokolwiek powiedzieć, dopadła do Amroda, zatrzymując się tuż za nim.
Druid odwrócił się i spojrzał wprost w ślepia drapieżnika.
- Ach, witaj, Shira – powiedział do pantery, wyciągając dłoń, by pogładzić ją po łbie. – Cieszę się, że jednak nas nie opuściłaś.
- Już myślałam, że rozstała się z nami na dobre – uśmiechnęła się Nílmariel. – Tym razem nie było jej już przez cały tydzień... A jednak wróciła...
- Zawsze wraca – odrzekł Amrod, drapiąc za uszami wielkiego kota, który położył się pomiędzy nim a Nessą. – Chociaż nie do końca rozumiem dlaczego... Ja nie mam na nią żadnego wpływu. Nie potrafię się z nią komunikować tak, jak z innymi zwierzętami... Ona zaś nie powiedziała mi nic więcej oprócz tego, by nazywać ją Shira.
- Ona nie jest zwykłym zwierzęciem – powiedział nagle Feír, wciąż wpatrując się gdzieś w drzewa po drugiej stronie polany. Nagle, gdyż rzadko zdarzało się, by czarnoksiężnik mówił coś nie zapytany o to wcześniej. Zwykle zachowywał milczenie i tylko obserwował wszystko dookoła. – Gdyby chciała ci, druidzie, opowiedzieć swą historię i zdradzić swe prawdziwe imię, zapewne by to zrobiła. Jeśli zaś tego nie zrobiła, to musimy to uszanować. Widocznie ma swoje powody.
Czarnoksiężnik spojrzał na panterę, która – można by przysiąc – też mu się właśnie przyglądała. Mierzyli się tak wzrokiem przez chwilę, czując na sobie spojrzenia nieco zaskoczonej tą sytuacją pozostałej czwórki siedzącej przy ognisku, aż w końcu Feír przeniósł swój wzrok na Sanasira.
- A tak w ogóle, to ktoś tu idzie – powiedział. – Kobieta. Kapłanka. Z mieczem.
- To zapewne Lúthien – stwierdził Amrod. – Miała tu dzisiaj przyjść.
- To rzeczywiście powinna być ona – przytaknęła Nílmariel. – My też dzisiaj prosiłyśmy ją, by tutaj przyszła. Chciałyśmy z nią porozmawiać właśnie o tej kopalni i o ostatnich morderstwach w Feranë.
- O jakich morderstwach? – zaciekawił się Sanasir.
- Tego właśnie chcemy się dowiedzieć. Kupiec Tindhar powiedział nam, że dwaj mieszkańcy wioski zostali zamordowani w ten sam sposób w ciągu dwóch ostatnich dni.
- Więcej nie zdążyłyśmy usłyszeć – dodała Nessa – gdyż wtedy zjawił się nazer i nas wyrzucił.
- Ten Shanghir zaczyna mi działać na nerwy! – wysyczał Rhast przez zaciśnięte kły. – Może byśmy go tak przywiązali do jakiegoś słupa, ustawili pod nim stos i podpalili go z okrzykiem: „Giń, kutasino!”, co?
- To jest bardzo kusząca propozycja... – Sanasir zgodził się ze smokiem. – Ale obawiam się, że wtedy reszta nazerów na całym Kontynencie nie dałaby nam spokoju, dopóki nie podzielilibyśmy jego losu.
- Ale pomysł był dobry... – westchnął Rhast i usiadłszy na ramieniu Nílmariel, zagłębił się w rozmyślaniach nad jego udoskonaleniem.
- Witajcie! – usłyszeli nagle za sobą.
Od strony wioski na polanę wkroczyła paladynka. W obcisłej, skórzanej zbroi, z mieczem u boku i z rozwianymi włosami, stąpając pewnie a zarazem i z gracją, wyglądała jak jakiś leśny duch, który właśnie wyłonił się z Narvanu.
Shira poderwała się szybko, jakby przestraszyła się nadchodzącej dziewczyny, bądź też chciała ją zaatakować. Po chwili jednak opanowała się jakby i znów usiadła. Od tej chwili jednak nie spuszczała z niej swych świetlistych oczu.
- Witaj, Lúthien – odpowiedział jej Amrod. – Właśnie na ciebie czekaliśmy.
- Czekaliście?
- Tak – uśmiechnęła się do niej Nílmariel. – Chcemy z tobą porozmawiać o tej wiosce, która, jak się okazuje, wcale nie jest taka spokojna, na jaką wygląda.
- Możecie mi wierzyć, że jeszcze do niedawna ja sama uważałam Feranë za spokojną osadę... – odrzekła paladynka. – Jedynym problemem byli tutaj nieumarli...
- Usiądź więc z nami i opowiedz nam dlaczego zmieniłaś zdanie – zaproponowała Nessa, wskazując na pustą skrzynię, stojącą pomiędzy Nílmariel a Feírem. Miejsce to wczoraj zajmował Xeeveroth, lecz z racji tego, iż gdzieś zaginął, obecnie było ono wolne.
Lúthien podziękowała i usiadła przy ognisku. Widząc to, Rhast od razu podleciał do niej i usiadł na jej kolanach, domagając się pieszczot.
Paladynka nie widziała żadnych powodów, dla których miałaby nie opowiadać podróżnikom o ostatnich wydarzeniach w Feranë. Tym bardziej, jeśli mogło się okazać, że są oni w stanie jakoś pomóc w rozwiązaniu tych problemów.
Westchnęła więc tylko cicho, gładząc mruczącego na jej kolanach smoka i zaczęła mówić.
- Zaczęło się dwa dni temu, gdy moja przyjaciółka Seline wróciła z Thalmaínu. Tamtej nocy znaleziono pierwszą ofiarę... Był to jej mąż, a mój przyjaciel, Carth Esparë. Ktoś przywiązał go łańcuchami do belki w szopie i wyrwał mu serce przez klatkę piersiową. Nikt nie ma najmniejszego pojęcia dlaczego akurat w ten sposób, ani dlaczego w ogóle ktoś miałby go zabić... Morderca zostawił jeszcze napis na drzwiach szopy, w której znaleziono ciało. Wykonał go krwią ofiary. Napis ten brzmiał „yanë”, czyli „siedem”. Wtedy wydawało się nam, że było to jedynie pojedyncze zabójstwo, lecz niestety ostatniej nocy znaleźliśmy drugie ciało. Był to Mellinor Assin, jeden z rolników. Został zamordowany w dokładnie taki sam sposób, jak Carth – wyrwano mu serce. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że zabójca znów zostawił napis na drzwiach. Tyle tylko, że tym razem było to „tires”, czyli „sześć”.
- Czyżby więc miało to oznaczać, że ten ktoś zamierza zabić jeszcze... pięcioro, bądź sześcioro ludzi? – zapytał Sanasir.
- Tego się właśnie obawiamy... – odrzekła paladynka, wyraźnie zmartwiona. – Lecz to jeszcze nie koniec dziwnych wydarzeń. Wczoraj, gdy wracałam od was do wioski, spotkałam po drodze skalnego smoka, wilkołaka i jeszcze jedną dziwną postać. Skalne smoki co prawda rzadko pojawiają się na tych terenach, ale czasami jednak się to zdarza. Radzę wam na niego uważać, gdyż te jaszczury potrafią być naprawdę niebezpieczne.
- Nie obawiaj się, Lúthien – przerwała jej Nílmariel. – Nie powinien to być dla nas duży kłopot. Na wyspach polują na nie nawet już i starsze dzieci. Z tego, co wiem, Xeeveroth poradził sobie już z kilkoma i to bez niczyjej pomocy. Uczył się sztuki walki w gildii wojowników znajdującej się tuż obok wieży magów, w której ja pobierałam nauki. Pamiętam, jak pewnego dnia na dziedziniec tejże gildii wpadł jeden z adeptów, drąc się jak opętany. Akurat stałam w oknie, więc dobrze słyszałam, jak krzyczał do swego dowódcy, prowadzącego akurat zajęcia praktyczne: „Mistrzu! Skalny smok napadł na Xeeverotha!”. Dowódca nawet na niego nie spojrzał, tylko odrzekł spokojnie: „Jak sam napadł, to niech i sam się broni!”. I rzeczywiście – jak się później okazało – Xeeveroth wrócił do swoich, natomiast skalny smok – nie.
- O właśnie, Lúthien! – przypomniała sobie Nessa. – Nie widziałaś go czasem dzisiaj? Oczywiście Xeeverotha, nie skalnego smoka? Zniknął gdzieś w wiosce...
- Nie, nie widziałam – zaprzeczyła paladynka. – Ale skoro mówicie, że jest z niego taki świetny wojownik, to chyba nie powinniście się o niego martwić.
- Stare, krasnoludzkie powiedzenie mówi, że „Każdy wojak dupa, kiedy wrogów kupa”. – odpowiedział Sanasir. – Xeeveroth zaś bardzo lubi towarzystwo kobiet, co niestety nie zawsze podoba się ich mężom i ojcom. Kilka razy już się tak zdarzyło, że musiał uciekać przed zgrają ludzi z widłami, kosami i żądzą mordu na twarzach. A z nim, niestety, musieliśmy uciekać i my... Poza tym nie tyle martwimy się o niego, co o waszego nazera. Cierpliwość Xeeverotha jest tak długa, jak odległość pomiędzy jego dłonią a toporem, który nosi przy pasie. Możemy jedynie mieć nadzieję, że nikt nie wystawi tej cierpliwości na próbę...
- Wystarczy, Sanasirze – przerwał mu Feír. – Pozwól Lúthien mówić dalej.
- Dziękuję – odrzekła ta, powracając do poprzedniego tematu. – Co do skalnego smoka, to jestem przekonana, iż nie ma on żadnego związku z tymi ofiarami. Nie jestem natomiast pewna co do wilkołaka...
- Nie – stwierdziła Nílmariel. – To nie mógł być wilkołak. One rzadko napadają na wioski. Poza tym nie mordują ludzi tak często, ani tym bardziej w tak wyszukany sposób.
- To prawda – zgodził się z nią Amrod. – Atakują tylko w ostateczności, a i wtedy starają się nie zabijać.
- Dziwne... – zamyśliła się Lúthien. – W świątyni uczyli nas...
- To, czego uczą w świątyniach i szkołach nie zawsze zgadza się z prawdą – przerwał jej Feír, tonem, który wykluczał wszelkie dalsze rozmowy na ten temat. Następnie podniósł jedno z polan z leżącej obok niego sterty i dorzucił je do ogniska. – Mówiłaś jeszcze, że był tam jakiś człowiek.
- Tak. Widziałam go tam, chociaż nie przyjrzałam mu się dokładnie – odrzekła paladynka. – Biegłam za nim przez jakiś czas, lecz poruszał się zbyt szybko. Ledwo co za nim nadążałam. Myślicie, że to mógł być morderca?
- Niczego nie można wykluczyć – powiedziała Nessa. – Ale na jakiej podstawie podejrzewasz, że to mógł być on?
- Cóż, uciekał przede mną i nie reagował, gdy krzyczałam, by się zatrzymał. W Feranë wszyscy mnie znają i wiedzą, że nic im z mej strony nie grozi. Ta osoba jednak obawiała się spotkania ze mną.
- W takim razie to zachowanie rzeczywiście jest podejrzane – stwierdził Sanasir. – A wiesz może kto to mógł być?
- Niestety nie. Jak już mówiłam, było ciemno, a ten ktoś poruszał się niezwykle szybko. Wszystko, co widziałam, to jedynie zarys ludzkiej sylwetki... Hmm... – zmarszczyła nagle brwi. – Tak właściwie, to... Dopiero teraz o tym pomyślałam, ale to przecież mógł być ten wilkołak... W każdym bądź razie obawiam się, że dzisiaj morderca zaatakuje ponownie... Co prawda Thorin podwoił straże, przenosząc do Feranë większość żołnierzy z kopalni. Tam i tak na razie nie mają nic do roboty, gdyż od wczoraj jest ona zamknięta... Jednakże jeśli zabójca uderzy ponownie, będziemy musieli podjąć wszelkie możliwe środki ostrożności.
- Co to właściwie za kopalnia, o której tak wszyscy mówicie? – zapytał Amrod, gładząc futro Shiry. Pantera w dalszym ciągu wpatrywała się w Lúthien. A był w tym spojrzeniu zarówno jakiś lęk, jak i pewna doza łakomstwa, jakby zwierzę wciąż zastanawiało się, czy powinno rzucić się na tę kobietę, czy też przed nią uciec.
- Jak to: „co to za kopalnia”? – zdziwił się Sanasir. – Przecież Feranë jest chyba największym ośrodkiem wydobywczym rudy żelaza w Nes! Nie słyszałeś nigdy o „ferańskiej stali”?
- Ach, rzeczywiście... – przypomniał sobie Amrod. – Podobno robi się z niej mocne, a zarazem lekkie zbroje i takież ostrza.
- No właśnie – ciągnął łowca. – I to wcale nie „podobno”... Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego zamknięto kopalnię...
- To przez skolopendromorfy – odpowiedziała Lúthien. – Górnicy dokopali się do ich korytarzy.
- A dużo ich tam jest? – zaciekawił się Sanasir.
- Nie wiem. Być może kilkanaście osobników, być może cały rój...
- Raczej rój – stwierdził Amrod. – Pojedyncze skolopendromorfy widuje się jedynie na powierzchni. Skoro są pod ziemią, to znaczy, że w pobliżu musi być ich gniazdo.
- A tam, gdzie jest gniazdo skolopendromorfów, tam jest także i ich królowa – dodał Feír, uśmiechając się do obu czarodziejek.
Nílmariel przytaknęła mu ruchem głowy, po czym zwróciła się do Lúthien:
- Co zamierzacie z nimi zrobić?
- Z kim? Ze skolopendromorfami? Thorin mówił, że pośle po magów i kilku dobrych wojowników z Thalmaínu. Tyle tylko, że zapewne będą oni chcieli za to wysokiej zapłaty, więc na razie czeka. Za tydzień pojedzie z transportem broni i rudy do miasta. Za pieniądze ze sprzedaży powinno mu się udać kogoś wynająć.
- Wiesz co, Lúthien? – Na twarzy Sanasira pojawił się chytry uśmieszek. – Wydaje mi się, że ten Thorin potrzebuje do tej roboty dokładnie dwie czarodziejki, czarnoksiężnika, druida i dwóch świetnych wojowników.
- O nie – odrzekła paladynka, słusznie domyślając się, że Sanasir mówi o swojej drużynie. – To zdecydowanie za mało ludzi, by dać sobie radę z całym rojem skolopendromorfów. Thorin nigdy się na to nie zgodzi, to zbyt niebezpieczne.
- To prawda – przyznał łowca. – Walka z tymi stworzeniami nie jest łatwa, gdyż mają twarde, chitynowe pancerze, a ich jad jest trujący. Lecz jeśli się wie gdzie należy zadawać ciosy, tak, by je to zabolało...
- ...I zna kilka mocniejszych zaklęć... – dodała Nessa.
- Właśnie. I zna kilka mocniejszych zaklęć, to do oczyszczenia kopalni w zupełności wystarczy sześć osób!
- To znaczy, że już wcześniej walczyliście ze skolopendromorfami? – zapytała Lúthien.
- Czy walczyliśmy...? – Rhast, siedzący na jej kolanach, spojrzał na nią dwojgiem swych ciemnoczerwonych oczu. – Dziewczyno! Oczyściliśmy z nich kopalnię srebra w Sorëanie!
- Myślę, że Thorin zgodzi się na naszą propozycję – powiedziała Nílmariel. – Tym bardziej, że nie chcemy zapłaty.
- Nie?!? – Przestraszony Sanasir spojrzał na czarodziejkę, jakby bardzo obawiał się o stan jej zdrowia psychicznego.
- Nie – powtórzyła. – Ale ciało królowej będzie należało do nas.
Lúthien wydawało się, że słyszy jak Feír szepcze do siebie coś, jakby: „I dusza też”... Ale najprawdopodobniej tylko tak jej się wydawało.
- Poza tym – kontynuowała Nílmariel – wszelkie przedmioty, które tam znajdziemy i uznamy za przydatne, także będą należeć do nas. I w żadnym wypadku nie chodzi mi tutaj o sprzęt górniczy.
- Hmm... – Sanasir zamyślił się, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę o żyjących niegdyś na tych terenach Starożytnych. – Być może rzeczywiście będzie to wystarczające wynagrodzenie... – powiedział po chwili. – Co ty na to, Lúthien?
- No cóż, to nie do mnie należy ostateczna decyzja w tej sprawie... Ale skoro twierdzicie, że dacie sobie radę z tym rojem, to myślę, że Thorin z chęcią przystanie na waszą propozycję.
- Świetnie – stwierdził łowca. – W takim razie musimy z nim porozmawiać. Im szybciej, tym lepiej. A najlepiej jeszcze dzisiaj!
- Ja się tym zajmę – zaoferował Amrod, widząc w tym także i pewną korzyść dla siebie. – Odprowadzę cię do wioski, Lúthien i pokażesz mi gdzie on mieszka. Sądząc po tym, co tu się ostatnio dzieje, lepiej, żebyś nikt nie chodził sam po lesie.
- Bez obaw, ja sobie poradzę. Ale wtedy ty będziesz musiał sam wrócić tutaj, do obozu – zauważyła paladynka.
- O to się nie martw – odrzekł Amrod. – Jestem druidem. Las zawsze jest po mojej stronie.
- Nawet lasy Narvanu? – zapytała. – One nie sprzyjają nikomu, poza żyjącym w nich stworom.
- A jednak! – Sanasir, trzymanym w dłoni patykiem, poprawił nieco drwa płonące w ognisku. – Przecież sama widzisz, że udało nam się przez niego przebrnąć.
- Podobno niewielu ludzi przeszło przez Narvan Starym Traktem – dodała Nessa. Jednakże Sanasirowi, Amrodowi i Feírowi udało się nas poprowadzić tak, że tylko kilka razy natknęliśmy się na poważniejsze problemy.
- Chcecie powiedzieć, że przybyliście tutaj Starym Traktem?! – zapytała zdumiona paladynka. – Przez sam środek Narvanu?! Przecież to szaleństwo!
- To prawda – zgodziła się Nílmariel. – Im dalej zapuszczaliśmy się w gąszcz, tym dziwniejsze widzieliśmy rzeczy... Zwierzęta i stwory, które nie powinny istnieć i które bez względu na rozmiar zawsze patrzyły na nas jak na jedzenie, samo pchające się w ich łapy... Widzieliśmy też rośliny, które polowały na te zwierzęta... I drzewa tak wysokie, że nocami wydawało się, że ich chwiejące się na wietrze wierzchołki przesuwają gwiazdy na niebie... Pnie niektórych z nich były tak wielkie, jak cała wasza Feranë...
- Widzieliśmy też Trakt – wtrącił Amrod. – Czasami natykaliśmy się na tę wybrukowaną drogę, wiodącą przez Narvan. Starożytne podania mówią, że był tam od zawsze. Na długo przed tym, zanim ludzie pojawili się na ziemi. A także i przed tym, zanim elfy, potomkowie Starożytnych, opuścili Kontynent i udali na wyspy Fál i Elmaríon. Był tam, zanim Starożytni wsiedli na swe magiczne, latające statki, otworzyli Bramę i odeszli z naszego świata... A nawet i na długo przed tym, zanim zbudowali swą pierwszą chatę...
Lecz żaden człowiek, żaden elf, ani żaden Starożytny nigdy nie skorzystał ze Starego Traktu. My również... Przebijaliśmy się przez gąszcz i to w znacznej odległości od niego... Jest tam już od wielu wieków, więc przez ten czas Narvan powinien zająć się nim tak, że nawet ślad by po nim nie pozostał... Tymczasem wszystko wskazuje na to, że las się go po prostu boi. Nic nie rośnie pomiędzy jego gładko oszlifowanymi kamieniami, a rośliny nawet się do niego nie zbliżają... Żadne z drzew, rosnących przy nim, nie ma gałęzi od jego strony...
Poza tym broni go jakaś dziwna aura. Im bardziej się do niego zbliżasz, tym bardziej tego nie chcesz... Tylko Feírowi udało się ją przełamać i postawić stopę na bruku... Feírze? – Amrod zwrócił się do czarnoksiężnika. – Pamiętasz, co wtedy ujrzałeś?
Lúthien spojrzała na siedzącego obok niej mężczyznę, który również jej się przyglądał. Było w nim coś takiego, co przyprawiało ją o gęsią skórkę... Coś takiego... Nienaturalnego...
No ale cóż, tak to już chyba jest ze wszystkimi czarnoksiężnikami...
- Nie za dobrze... – przemówił Feír, wciąż nie spuszczając wzroku z paladynki. – Pamiętam jedynie, że najpierw zapadła dziwna cisza, jakby wszystko wokół nagle zamarło. Była ona jednak dużo bardziej... bezdźwięczna, niż ta, jaka zapadu po rzuceniu czaru Ciszy... A potem odezwały się głosy. Setki, tysiące głosów, mówiących, szepczących bądź wykrzykujących w tysiącach języków swe groźby, prośby i historie... Pamiętam jedynie, że poczułem się tak, jakbym uderzył głową w ziemię po dość długim spadaniu w dół i w tym momencie straciłem przytomność...
- Nie straciłeś – poprawił go Sanasir. – W następnej chwili biegłeś przez Narvan, wrzeszcząc jak opętany, a my próbowaliśmy cię zatrzymać. Wyglądałeś na porządnie wystraszonego, a często się ciebie takim nie widuje... Dlatego też nikt z nas nie próbował już później powtarzać tego wyczynu. Sam widok tej wybrukowanej, wiodącej przez las drogi napawał każdego z nas grozą...
- Ale mimo wszystko Narvan jest wspaniałym miejscem... – dodał rozmarzony Amrod.
- No chyba tylko druid mógł znaleźć coś pozytywnego w tych leśnych ostępach! – skomentował Sanasir. – Dla mnie była to jedynie wieczna ucieczka przed drapieżnikami, bezsenne noce, roje komarów i pijawki na mokradłach, wysysające wszelką chęć do życia; mrówki wielkości szczurów, próbujące zeżreć nas, nasze konie, a nawet i wóz, oraz wieczny półmrok, gdyż gałęzie są tam tak gęste, że praktycznie nie przepuszczają światła!
- To prawda – zgodził się Amrod. – Ale nie zapominaj, że nasi przodkowie żyli właśnie w takim środowisku, gdyż kiedyś takie lasy pokrywały praktycznie cały Kontynent. I bardzo się cieszę, że są jeszcze gdzieś miejsca takie jak Narvan. Nie skażone cywilizacją. Poza tym sami widzicie, że nawet udało nam się tam znaleźć przyjaciela. A dokładniej mówiąc, przyjaciółkę. Prawda, Shira? – zwrócił się do pantery, lecz ta nawet nie zareagowała na swe imię, wciąż obserwując paladynkę.
Lúthien czuła się nieco nieswojo, będąc nieustannie obserwowaną przez dwie pary oczu, z których każda była równie nieprzenikniona, co wzbudzająca strach. Czuła, że zarówno Feír, jak i Shira widzą przez nią na wylot i śledzą każdą jej myśl...
„Doprawdy, dziwnych towarzyszy spotkał Amrod na swej drodze...” – pomyślała.
- Wiesz co, Lúthien? – zapytał Amrod po chwili. – Wywierasz jakiś dziwny wpływ na zwierzęta. Rhast od razu cię polubił, a Shira nie może od ciebie oderwać oczu... Nigdy nie myślałaś o tym, żeby zostać druidką...?
- Tak właściwie, to nie – odrzekła paladynka, nie namyślając się wiele. – Jakoś zawsze wolałam używać miecza i magii, niż zbierać ziółka... Chociaż zwierzęta lubię i to bardzo... Ale wracając do was... – zmieniła temat. – Dokąd tak właściwie zmierzacie?
- Do Vassinarii – odpowiedział Sanasir.
- Nie wiem, czy Vassinaria jest obecnie dobrym miejscem dla magów... – zauważyła Lúthien. – Teraz wszystko kontrolują tam nazerowie, a z tego, co ostatnio słyszałam, chcą wprowadzić dekret zakazujący uprawiania magii... I wymierzania surowych kar wszystkim, którzy będą ją stosować...
- Więc to jednak prawda... – westchnęła Nílmariel. – Skąd też przyszedł im do głowy taki pomysł?
- Cóż, najwyraźniej odkryli jakiś zapis w starych księgach, który zinterpretowali jako niechęć Nerhena do wszelkich form magii... Dlatego też jeśli wybieracie się do Vassinarii, radzę wam się pospieszyć, gdyż już wkrótce jej granice mogą zostać zamknięte dla wszystkich posługujących się magią... – paladynka umilkła na chwilę, gładząc delikatnie łeb Rhasta. – A można wiedzieć, jaki jest cel waszej wizyty w Starym Państwie?
- Udajemy się tam celem... że tak powiem... „transferu własności” – wyjaśnił Sanasir.
- A dokładniej?
- A dokładniej, żeby przywłaszczyć sobie coś, co powinno być nasze, chociaż w tej chwili nie należy do nikogo – uzupełniła wtulona w ramię Sanasira Nessa.
- Aha. W takim razie już o nic więcej nie pytam – odrzekła Lúthien z uśmiechem. – Ale... – dodała po chwili. – Chyba rzeczywiście powinniście się pospieszyć, jeżeli chcecie tam dotrzeć przed opadami śniegu...
- Aż tak bardzo nam się nie spieszy – uśmiechnął się Sanasir. – Zresztą i tak mieliśmy plan przezimowania gdzieś przy granicy.
- A na jak długo zamierzacie zostać tutaj, w Feranë?
Sanasir spojrzał na swych towarzyszy, po czym odpowiedział:
- Myślę, że do święta Samhain, czyli jeszcze z jakieś... pięć dni.
- Samhain? – zdziwiła się paladynka. – W Nes nie obchodzi się już Samhain. Ani Beltaine... Zostały zakazane dwa lata temu jako „pogańskie obrzędy”.
- Czyżby nazerowie maczali w tym swe palce? – zapytała Nílmariel.
- Tak...
- Dziwna sprawa z tymi nazerami i Nerhenem – stwierdził Rhast. – Do tej pory wszyscy bogowie żyli w zgodzie... no, powiedzmy: „względnej” zgodzie, aż tu nagle jednemu z nich zrobiło się za ciasno i postanowił się pozbyć reszty tej gromadki, likwidując przy tym wszystko, co było z nimi związane, łącznie z ich wyznawcami... Jakbym był na miejscu tych bogów, to chyba bym się trochę zdenerwował i porządnie przetrzepał mu skórę!
- Ludzie pewnie też nie są zbyt zadowoleni... – dodał Amrod. – Likwidując Beltaine nazerowie pozbawili ich największej zabawy w roku!
- To prawda – zgodziła się Lúthien. – Lecz pomimo tych zakazów, w noc Beltaine wciąż płoną ogniska i leje się wino, tyle tylko, że wszyscy mówią, że to z okazji rozpoczęcia nowego roku, a nie na cześć Belenosa. W Samhain zaś i tak wszyscy odwiedzają groby swych bliskich. Tego przecież nikt nie może im zabronić...
Paladynka umilkła, gdyż uświadomiła sobie, że w tym roku ona też będzie miała kogo odwiedzać na pobliskim cmentarzu...
Seline...
W ciszy, jaka zapadła, dał się słyszeć cichy szept Feíra:
- ...Więc o to w tym wszystkim chodzi...
- O co chodzi i w czym, Feírze? – zapytał Sanasir.
- Hmm...? – zdziwił się wyrwany z zamyślenia czarnoksiężnik, który widocznie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak głośno myśli.
- Mówiłeś coś.
- Doprawdy...? Po prostu się zastanawiałem... Mówicie, że Samhain jest za pięć dni, tak?
- No tak – zgodził się Sanasir.
- Czyli, że wczoraj było do niego sześć dni – kontynuował Feír. – A przedwczoraj siedem.
- No i?
- Napisy. Te przy ofiarach. Przedwczoraj „yanë”, a wczoraj „tires”. Dzisiaj zapewne będzie to „ron”, czyli pięć. Dokładnie tyle, ile dni, a raczej nocy, pozostało do Samhain. Może te morderstwa mają z nim jakiś związek?
- Rzeczywiście – zgodził się łowca. – Być może masz rację... Ale równie dobrze może to być jedynie zwykły zbieg okoliczności... Co o tym sądzisz, Lúthien?
- Nie wiem... – zamyśliła się paladynka. – Może rzeczywiście masz rację, Feírze... Nie przyszło mi to do głowy, gdyż, jak mówiłam, Samhain odchodzi powoli w zapomnienie... Ale skoro tak, to chyba powinnam już wracać do wioski. Te napisy wskazują na to, że morderca znów dzisiaj uderzy... A wtedy mogę być tam potrzebna.
- No nie... – odezwał się zasmucony Rhast. – Znów nas tak szybko opuszczasz?
- Obawiam się, że muszę – odparła i wstała.
Mały smok dosyć niechętnie sfrunął z jej kolan. Już miał podlecieć do Amroda, gdy nagle jakby coś sobie przypomniał i zawrócił do Nílmariel. Widocznie uznał, że u czarodziejki będzie bezpieczniejszy.
- Zaczekaj na mnie, Lúthien – powiedział Amrod, również wstając. – Odprowadzę cię, tak jak mówiłem.
( bardzo ci na tym zależy nieprawdaż ) – usłyszał telepatyczny przekaz od Nílmariel, lecz zignorował tę prowokację. Zamiast tego powiedział:
- Muszę jeszcze przecież porozmawiać z Thorinem w sprawie kopalni.
- No to chodźmy – odrzekła paladynka, po czym zwróciła się do reszty. – Do zobaczenia.
Siedzący przy ognisku odpowiedzieli na jej pożegnanie, zaś Amrod, wciąż kulejąc, podszedł do niej. Ta, widząc to, zapytała:
- Coś ci się stało w nogę?
- To nic takiego – odrzekł. – Miałem przed chwilą mały wypadek.
- Jaki wypadek?
- No cóż... Próbowałem złapać Rhasta i spadło na mnie kilka skrzyń.
- Znowu się kłóciliście? – roześmiała się dziewczyna.
- Znowu zeżarł mi korzeń mandragory... – poskarżył się druid.
- Skoro ty nie chcesz mnie karmić, to muszę się sam dożywiać! – wtrącił Rhast. – Jeśli dalej będziesz mnie tak głodził, to wkrótce sam będziesz musiał sobie podgrzewać mikstury!
- Może powinnam to obejrzeć? – zapytała Lúthien. – W końcu jestem paladynką, może mogłabym ci jakoś pomóc...
- No wiesz co?! – oburzył się Amrod. – Podważasz moje umiejętności? Przecież jestem druidem i na leczeniu też się znam! Poza tym to tylko zwykłe stłuczenie. Posmarowałem już swoją maścią i... hmm... no cóż... wkrótce powinna zacząć działać...
- Skoro tak twierdzisz... – Paladynka uśmiechnęła się do niego.
- Lepiej już chodźmy.
- Zauważ, iż z tobą nie idę – powiedział Rhast, tonem, jakim władca zwraca się do służby.
- Na to właśnie liczyłem – odrzekł Amrod, tonem, jakim wściekły druid zwraca się do smoka, który mu podjada mandragorę.
( tylko nie wracaj zbyt późno ) – „usłyszał” jeszcze od Nílmariel.
„Ha. Ha. Ha...” – pomyślał w odpowiedzi. – „Nie masz nic lepszego do roboty, Níl?”
( tak właściwie to nie ) – Czarodziejka uśmiechnęła się niewinnie.
Druid westchnął więc tylko i wraz z paladynką ruszył do Feranë.
Shira odprowadziła ich wzrokiem, mrużąc leniwie ślepia. Nie wiedzieć czemu wyglądała, jakby była bardzo z siebie zadowolona. Podeszła nawet do Nílmariel i położyła łeb na jej stopach, mrucząc i wpatrując się w nią przymilnie, czym wprawiła ją w niemałe zdumienie.
„Duże, dzikie koty się tak nie zachowują” – pomyślała.
( SZCZĘŚCIE ) – zabrzmiał w jej głowie śpiewny głos, napełniający ją uczuciem oddającym znaczenie tegoż słowa. W jakiś dziwny sposób czarodziejka wiedziała, iż jest to myśl przekazana jej przez Shirę, co sprawiło, że całkowicie zaniemówiła. Nigdy nie potrafiła „rozmawiać” ze zwierzętami za pomocą telepatii (oczywiście poza swym chowańcem, ale to zupełnie inna sprawa), gdyż jest to po prostu niemożliwe... Tymczasem właśnie odebrała jeden z najsilniejszych przekazów telepatycznych, jakie kiedykolwiek poznała i pochodził on właśnie od pantery Amroda...
( KONIEC ) – dotarło do niej jeszcze po chwili, lecz tym razem wizja oddająca znaczenie słowa, oprócz szczęścia niosła z sobą niemałą dozę niepewności i czegoś jeszcze...
Czegoś, co można było zinterpretować jedynie jako śmierć.
____________________________________________
Przepraszam za tak długi okres zwłoki, ale jestem w trakcie sesji... :)
Poza tym pracowałem ostatnio nad innym projektem pt.: "The Earth Is Not A Cold Dead Place", czego efekty można podejrzeć [tutaj].
Zaległości na Waszych blogach postaram się uzupełnić jak najszybciej. Najprawdopodobniej stanie się to jeszcze w tym miesiącu... xD
I bez obaw - w następnej części będzie się działo duuużo więcej niż w tej ;)
Pozdrawiam.
:: Amrod ::
(( Rozdział III: Pięć, cz. II )) [ sobota, 27 października 2007 | 12:46:49 ]
Mrok, w którym nagle znalazła się Lúthien był tak gęsty, że gdyby nie wątłe uczucie obecności gruntu pod nogami, mogłaby pomyśleć, że z jakiegoś powodu trwa zawieszona w otchłani.
Tym bardziej, że wraz z mrokiem królowała tutaj cisza. I to właśnie ten przerażający rodzaj cisza, który zawsze zapada na moment przed tym, nim wydarzy się coś złego. Taka, jaką wytwarza wokół siebie drapieżnik podkradający się do ofiary, bądź też ukrywający się w cieniach złodziej.
Poza tym była jeszcze ta pustka...
Pojawiła się znikąd i nagle wypełniła całe jej serce. A wraz z nią przyszedł ból.
Lúthien nie pamiętała w ogóle dlaczego, ani właściwie po co wzięła się w tym miejscu. W tej chwili jedyne, o czym była w stanie myśleć, to ten ból, czający się wszędzie dookola – w mroku, w ciszy, w pustce i w niej samej. Wielkie uczucie straty czegoś bardzo ważnego... A raczej – wielkie uczucie początku straty wszystkiego, co posiada i co kiedykolwiek uważała za ważne.
Nagle cisza ustąpiła miejsca czemuś innemu. Z początku był to odległy, ledwie słyszalny szum, lecz z każdą chwilą wzmagał się i potężniał. Stawał się coraz głośniejszy i głośniejszy, aż w końcu uderzył z siła huraganu, przeradzając się jednocześnie w słowa, a raczej ich odczucie:
( TO TY )
W tej samej chwili mrok gwałtownie zgęstniał, skupiając się jakby w pewnych miejscach i formując dookoła paladynki przeróżne kształty.
Lúthien ujrzała, ze stoi w korytarzu wykonanym z szarych, kamiennych bloków, na którego końcu znajdują się ciężkie, drewniane wrota, ze stalowymi okuciami. To właśnie zza nich dobiegał ten głos, należący tak samo do niej, jak i do każdej innej żyjącej istoty, a zarazem jakby nie należący do nikogo.
Taki sam głos, jaki usłyszała goniąc za dziwnym humanoidem w lesie.
Słowa napływały fala za falą, a w przerwach między nimi paladynka wyraźnie czuła, że coś stara się jej narzucić swą wolę i zmusić do otwarcia tychże drzwi.
( to ty chciałaś się ze mną pobawić ) – oświadczył głos, a tuż za nim napłynęła myśl, by pociągnąć za stalową, zardzewiałą klamkę, kusząca obietnicą szybkiego zakończenia się wszelkich bólów i zmartwień.
„Nie...” – próbowała przeciwstawić się jej Lúthien, podświadomie czując, że te wrota za wszelką cenę powinny zostać zamknięte. – „Nie otworzę...” – chciała te słowa wykrzyczeć, lecz głos odmówił jej posłuszeństwa, jakby i on był już pod władzą tego czegoś, od czego dzieliły ją tylko stare, prawie rozlatujące się już drzwi.
( ale to ja pobawię się z tobą widziałaś mnie kim jesteś ) – powrócił głos, a za nim kolejna pokusa obiecująca potęga i mądrość.
„Odejdź! Nie otworzę!” – pomyślała paladynka, najmocniej jak tylko potrafiła. – „Nie zmusisz mnie do tego! Powiedz lepiej kim TY jesteś!?” – dodała, lecz nim skończyła tę myśl, jej umysłem znów wstrząsnął głos:
( KIM JESTEŚ CÓRKO LUDZI zresztą to i tak nie ma znaczenia umrzesz ) – tym razem za głosem napłynęła obietnica, że jeśli tylko otworzy te drzwi, to nic złego się jej nie stanie.
„Nie boję się ciebie!” – odkrzyknęła Lúthien w myślach, lecz głos już powracał:
( umrzesz będę mieć twoje serce sama mi je przyniesiesz jesteś tylko człowiekiem nic nie znaczącym głupim człowiekiem ) – „Ale jeśli otworzysz te drzwi, wszystko będzie dobrze, nie będziesz musiała się już niczego obawiać.” – oznajmiła cisza.
Spod drzwi nagle zaczęła wypływać krew, zalewając wyłożoną kamiennymi blokami posadzkę. Widząc to, Lúthien chciała odsunąć się o krok do tyłu, lecz w żaden sposób nie mogła zmusić swych nóg do posłuszeństwa.
„Nie otworzę” – powiedziała więc zamiast tego.
( otworzysz chciałaś pobawić się ze mną ale to ja zabawię się z tobą przyjdziesz do mnie na pewno przyjdziesz bo będziesz chciała go ratować )
„Kogo...?” – zapytała paladynka, obawiając się, że doskonale zna odpowiedź na to pytanie. Tymczasem jej umysł opanowała myśl, że jeśli tylko otworzy drzwi, to nikomu z jej bliskich nie stanie się nic złego.
( tak tak właśnie JEGO on umrze jeśli do mnie nie przyjdziesz a ty umrzesz zaraz po nim widziałaś mnie musisz umrzeć ) – oznajmił głos.
Tym razem w ciszy nie było obietnic. Była tylko groźba, że jeśli drzwi nie zostaną otwarte, jej ukochany podzieli los Cartha i Mellinora.
„Nie... Nie pozwolę ci na to!” – pomyślała desperacko Lúthien, obserwując jednocześnie, jak wylewająca się spod drzwi krew nie poprzestaje na zalewaniu posadzki, lecz także coraz szybciej wspina się po ścianach.
( GŁUPIA nie możesz nic zrobić ale będziesz próbować WIEM że będziesz przyjdziesz do mnie i dasz mi to czego chcę )
„Zostaw go!” – przed oczyma paladynki stanął obraz przedstawiający otwarte drzwi komórki Cartha, lecz zamiast niego na łańcuchach wisiało tak samo okaleczone ciało Thorina. – „ZOSTAW GO!”
( już jest za późno on już tu jest w moich rękach tuż za tymi drzwiami nie wierzysz otwórz )
„NIE!” – Lúthien próbowała przerwać ten napływ niechcianych myśli, lecz było to bezskuteczne.
( a się przekonasz zobaczysz że i tak już wkrótce mnie uwolnicie ty mnie uwolnisz TY OTWORZYSZ TE DRZWI )
„Odejdź!” – próbowała wykrzyczeć paladynka.
( A WTEDY UMRZESZ ALE ON BĘDZIE PIERWSZY )
„Nigdy! Tylko spróbuj go tknąć...” – odruchowo chciała sięgnąć po miecz, lecz jej dłoń nawet nie drgnęła.
( HA HA to co zrobisz zabijesz mnie już raz to zrobili i dali mi przez to siłę nic już nie zmienisz Thorin będzie siódmy ty zamkniesz krąg a ja zyskam WOLNOŚĆ )
„Nie pozwolę na to!”
( pozwolisz )
„Nie!” – powtórzyła.
( pozwolisz )
„Nigdy!”
( sama to zrobisz ) – oznajmił głos tryumfalnie.
„Nie pozwolę ci skrzywdzić Thorina!”
( chodź do mnie )
Lúthien nagle poczuła potworny ból – jakby ten głos przebijał ją na wylot, niczym tysiące tępych szpili.
„Przestań!” – jęknęła.
( chodź pobawimy się )
„Przestań, to boli...”
( CHODŹ ) – głos nasilił się, a wraz z nim ból, który teraz już zdawał się rozrywać na strzępy każde włókno nerwowe w ciele paladynki.
„NIEEEEEEE!!!” – wrzasnęła, chociaż w niej wszystko krzyczało, by otworzyła te przeklęte drzwi, żeby ten ból ustał.
( C H O D Ź ) – to ostatnie słowo znów uderzylo w nią z siłą huraganu. A wraz z nim spadła na nią i zalała ją całkowicie krew, która pokryła już całe ściany i sufit korytarza.
W końcu odzyskała władzę nad własnym ciałem i szybkimi ruchami dłoni i stóp spróbowała wypłynąć na powierzchnię, lecz prawie w tej samej chwili wyczuła nad sobą sklepienie, które jej to uniemożliwiło.
Nie mogła otworzyć oczu, by zobaczyć czy nie ma tu jakiegoś ukrytego otworu, którym mogłaby się wydostać, więc jedynie nerwowymi ruchami zaczęła obmacywać ściany i sufit pomieszczenia. Gęsta ciecz jednak skutecznie hamowała jej wysiłki.
Serce w piersi biło jej jak oszalałe, przez co zapas powietrza kończył jej się równie szybko. W umyśle kołatała jej się już tylko jedna myśl – „Utonę tutaj!”.
W końcu nie mogła zrobić już nic innego, jak tylko otworzyć usta. Krew, w której tonęła, szybko wdarła się do jej przełyku i do płuc, które zaczęła szybko wypelniać...
„Nieee!” – pomyślała jeszcze rozpaczliwie, czując, że umiera – „Nieeee...ee...e...”
Obudziła się.
Ale wciąż się dusiła. Dopiero po chwili zrozumiała dlaczego – z całych sił zaciskała zęby na poduszce, na której spoczywała jej głowa. Najszybciej jak tylko mogła podniosła głowę i nabrała do płuc haust powietrza.
Gdy po chwili uspokoiła się na tyle, że nie musiała już ciężko oddychać, opadła z powrotem na łóżko.
Przypomniała sobie gdzie się znajduje – leżała na łóżku w domu Thorina. Wojownik musiał wyjść jakiś czas temu, gdyż przyszedł do niego nazer, mówiąc, iż chciałby obejrzeć magazyny przy kopalni. Wychodząc, Thorin powiedział, że wróci najszybciej jak tylko będzie mógł, więc postanowiła na niego poczekać właśnie tutaj.
Widocznie musiała się na chwilę zdrzemnąć...
I znowu miała jakiś dziwny sen.
Coraz bardziej jej się to nie podobało. W pierwszym dostała ostrzeżenie, że Thorinowi grozi niebezpieczeństwo, a teraz już wyraźnie ktoś jej groził, że zabije jej ukochanego...
Mimo wszystko na razie nie chciała mu o tym mówić – w końcu to były tylko sny. Przecież nie ma potrzeby martwić go z powodu jakichś głupich snów, prawda?
Czuła jednak straszliwą potrzebę, by porozmawiać z kimś o tych obawach.
„Wiem, Pójdę do Seline!” – pomyślała, lecz zaraz sobie przypomniała – „Nie. Nie pójdę. Przecież Seline nie żyje...”
Na myśl o samobójstwie przyjaciółki posmutniała jeszcze bardziej.
Wstała powoli i podeszła do przesłoniętego matową błoną okna. Na niebie dominował kolor pomarańczowy z domieszką złotego, co niewątpliwie wskazywało na to, że zbliżał się wieczór.
„Więc kto?” – pomyślała. – „Komu mogę o tym powiedzieć? Kto zechce mnie wysłuchać...?”
„Zaraz, zaraz..” – przypomniała sobie nagle. – „Ktoś chyba chciał się ze mną zobaczyć dzisiaj wieczorem...Ach tak. Nílmariel i Nessa.”
„No i Amrod.” – dodała jeszcze, nim przypięła miecz do pasa i wyszła z domu.
:: Amrod ::
(( Rozdział III: Pięć, cz. I )) [ niedziela, 30 września 2007 | 19:28:36 ]
:: Amrod ::
(( ojć... :/ )) [ piątek, 31 sierpnia 2007 | 21:32:48 ]
Ze względu na pewne problemy natury technicznej (które zmusiły mnie do skorzystania ze sławetnej formuły "format C:/"... a miałem już prawie cały 3ci rozdział... T.T), pojawienie się kolejnej części "Zapomnianej Bogini" znacznie się opóźni... W związku z dwoma poprawkami, które mnie czekają w tym miesiącu, pojawi się ona zapewne gdzieś końcem września, za co przepraszam wszystkich Szanownych Czytelników, jednocześnie prosząc o cierpliwość i wyrozumiałość. :)
Za nadrabianie zaległości na Waszych opowiadaniach zabiorę się w przerwach pomiędzy Podstawami Informatyki i Makroekonomią. :)
Pozdrawiam,
:: Amrod ::
(( Rozdział II: Sześć, cz. II )) [ czwartek, 2 sierpnia 2007 | 16:50:19 ]
- …I wtedy usłyszałam głos Thorina i się obudziłam… – Lúthien zakończyła relację ze swego snu.
Amrod milczał przez chwilę, jakby starając się przeanalizować całość usłyszanej przed chwilą opowieści. Sen, który przyśnił się paladynce, był niewątpliwie dziwnym snem.
- Ten Thorin – odezwał się po chwili – to mężczyzna, z którym teraz jesteś, tak?
- Tak – odrzekła Lúthien. – Thorin Sinnëar. Jest dowódcą straży ferańskiej.
- Nieźle… – stwierdził druid.
- Dobra, dobra! – prychnęła paladynka ze śmiechem. – Nie o tym teraz rozmawiamy. Powiedz mi lepiej, co oznacza mój sen.
- No cóż… – Amrod znów się zamyślił. – Z tego, co mi opowiedziałaś, mogę ci wytłumaczyć tyle: morze i plaża, czyli miejsca, gdzie jeszcze nie byłaś, oznaczają, że znajdziesz się (bądź już znalazłaś) w sytuacji całkowicie dla ciebie nowej. Natomiast wschód słońca oznacza początek czegoś… Co było dalej? Kobieta, tak? Hmm… Na pewno nic nie mówiła?
- Nie, po prostu tam stała – odpowiedziała Lúthien, pamiętając, że nieznajoma prosiła ją o zachowanie treści ich rozmowy dla siebie. Co prawda paladynka sama uważała, że fakt iż słucha postaci ze swego snu jest nieco dziwny, lecz wolała nie ryzykować… Tak na wszelki wypadek…
Nie powiedziała Amrodowi także i o niezwykłych oczach kobiety.
- No cóż, w takim razie nie wiem, jak zinterpretować jej obecność tam. Być może była tylko czymś w rodzaju elementu scenografii… – stwierdził druid. – Później zaś była róża… Piękny kwiat, lecz ma kolce, którymi może zranić. Jeśli by ją powiązać z poprzednimi elementami, mogłoby to wszystko oznaczać, że coś, co zacznie się jako coś pięknego, będzie miało nienajlepszy koniec, przyniesie z sobą dużo cierpienia. I właśnie to morze wypełnione krwią i wzgórze kości symbolizują to cierpienie… Natomiast stosy…
Amrod znów zamilkł.
- Osiem stosów… – podjął po chwili. – Jeden pusty i siedem płonących, w tym jeden z Thorinem… Nie wiem, co to oznacza… To znaczy: nie jestem pewny… Być może grozi mu jakieś niebezpieczeństwo… Ale oczywiście o może być zupełnie coś innego – dodał szybko, widząc, że paladynka posmutniała nagle. Wiele spraw w tym śnie było bardzo niejasnych, a nie chciał, by martwiła się niepotrzebnie. – Poza tym pamiętaj, że to był tylko sen. A nie wszystkie sny się sprawdzają.
- Wiem… – odparła Lúthien. – Ale mimo wszystko…
Po raz kolejny w namiocie zapadła cisza. Dziewczyna zamyśliła się nad tym, co też może grozić Thorinowi. A było tego trochę – w końcu miał niebezpieczną pracę.
- Ogień… – odezwał się druid, również zamyślony. – W twoim sercu zawsze płonął wielki ogień, Lúthien… Ogień, który ogrzewa wszystkich wokół. A jest on tak potężny, że mógłby od niego spłonąć cały świat…
Paladynka spojrzała na Amroda z lekko otworzonymi ustami i z nieopisanym zdumieniem na twarzy, gdyż właśnie powtórzył on słowa czarnookiej kobiety z jej snu.
Już miała go zapytać o to, skąd też mu to przyszło do głowy, gdy nagle dało się słyszeć ziewnięcie, a po nim czyjś przytłumiony głos. Zdarzenie to wyraźnie wskazywało na to, że nie byli w namiocie sami.
- Co jest? Stoimy? Jesteśmy już w Vassinarii? – dopytywał się głos.
- Nie – odrzekł druid, nie zwracając się w żadnym konkretnie kierunku. – Dotarliśmy dopiero do Nes, a dokładnie do wioski Feranë. Zatrzymamy się tutaj na kilka dni.
- Noo… – znów rozległo się ziewnięcie – dobra. Możemy i zrobić krótki postój… Ale jak potem nam ktoś zwinie skarb sprzed nosa, to będziecie mieć pretensje jedynie do siebie.
- Kto to jest? – zapytała Lúthien, najciszej jak tylko mogła.
- Powinnaś raczej zapytać: „co to jest” – westchnął Amrod. – To Rhast, mój zwierzęcy pomocnik.
- No wypraszam sobie! – oburzył się głos. – Nie jestem jakimś tam zwykłym zwierzęciem! Amrod, z kim ty tam tak właściwie rozmawiasz? Wypuść mnie w tej chwili!
- Po co?
- Nie zadawaj głupich pytań, tylko wypuszczaj! – ponaglił głos. – No! Już, już!
Druid westchnął po raz kolejny, sięgnął za siebie i ze sterty pakunków zdjął torbę podróżną, którą rzucił na pakę stojącą pośrodku namiotu.
- Hej! Ostrożnie! – zapiszczało coś, co poruszyło się wewnątrz torby. – Chciałbym ci przypomnieć, że ja żyję!
- Wiem o tym aż za dobrze – odrzekł Amrod uśmiechając się do siebie paskudnie i odpinając klamry spinające sakwę.
A gdy się już z nimi uporał, na czterech krótkich łapach wypełzło z niej stworzenie, jakiego do tej pory Lúthien nie widziała nawet na rycinach w najstarszych bestiariuszach.
Miało ono około półtora stopy długości (z ogonem) i całe ciało pokryte ciemnopomarańczowymi łuskami, lśniącymi złoto w blasku świec. Budowa ciała przypominała jakby ciało węża, lecz głowa stworzenia wyglądała bardziej… smoczo. A można by nawet powiedzieć, że zdecydowanie smoczo, gdyż – jak by nie patrzeć – to był smok. Tyle tylko, że jakiś jego bardzo mały gatunek.
Lúthien spoglądała zafascynowana w jego ciemnoczerwone podłużne oczka i na wystające nieco z paszczy kiełki. A także i na długie „wąsy”, które wyrastały spod dolnej szczęki zwierzęcia, ciągnąc się aż do powierzchni skrzyni. Podobne, lecz nieco krótsze, wyrastały mu niczym brwi nad oczami i kierując się do tyłu, lekkim łukiem opadały ku karkowi stworzenia, obrośniętemu grzywą czerwonawej sierści. Na jego grzbiecie natomiast znajdowała się para błoniastych skrzydeł.
Tymczasem mały smok przeciągnął się jak kot, ziewnął po raz trzeci i rozłożywszy skrzydła wzbił się w powietrze.
Paladynka zauważyła, że służyły mu one tylko do zachowania pozorów – unosił się w powietrzu, nawet gdy przez dłuższą chwilę nimi nie machał.
Wskazywało to na to, że był on tak zwanym Zwierzęciem Magicznym I Klasy – czyli, że mógł używać zaklęcia swobodnej lewitacji (i zapewne wielu innych) bez zużywania energii. Do tej klasy należało tylko kilka gatunków smoków, feniksy, prawdopodobnie także wszystkie koty oraz niektóre kamienie z Północnych i Południowych Równin Chaosu. Te ostatnie głównie ze względu na zbyt długie przebywanie w polu magicznym o zbyt dużym natężeniu. Będąc na Równinach Chaosu naprawdę nie należy się dziwić, że niektóre znajdujące się tam przedmioty przebiegają (bądź też przelatują) z jednego miejsca na drugie. Nie należy też zwracać uwagi na to, że patrzą na zagubionych wędrowców różnoraką liczbą oczu (chyba, że dość niedwuznacznie się przy tym oblizują). Natomiast kiedy zechcą nawiązać rozmowę, należy im grzecznie odpowiadać, jeśli nie chce się kłopotów.
Nie jest również polecany nocleg w tych rejonach, gdyż nierozważny wędrowiec który by tego spróbował, w najlepszym wypadku obudziłby się wzbogacony o dodatkową parę rąk do pomocy. Niestety własnych.
Należy tu także powiedzieć, że wszystkie stworzenia należące do Zwierząt Magicznych I Klasy mogą swobodnie podróżować pomiędzy wszystkimi Strefami i Wszechświatami oraz w dowolnym kierunku po znajdujących się w nich wymiarach.
Oprócz tego były częściowo nieśmiertelne. To znaczy – nie umierały, dopóki same tego nie zechciały. Bądź też dopóki ktoś im w tym nie pomógł.
- Ahh… – przemówił smok. – Nareszcie! W końcu mogę rozprostować kości! Trochę ciasno było w tej torbie… Ale przynajmniej się porządnie wyspałem.
- I najadłeś! – krzyknął Amrod, grzebiąc w torbie, z której wylazł smok. – Zżarłeś mi trzy ostatnie korzenie mandragory!
- Hej, hej, hej! – zaoponowało stworzenie. – Po co od razu tak wrzeszczeć? Sam mnie tam wsadziłeś, a mówiłem ci przecież, że ciasno tam jest, nie? Musiałem sobie jakoś zrobić więcej miejsca! Zresztą – dodał po chwili – i tak nie były pierwszej świeżości… Ale, ale! Któż to jest? – zapytał, przyglądając się wciąż zafascynowanej nim Lúthien. – Pani pozwoli, że się przedstawię! Jak zapewne pani zauważyła, jestem smokiem, a me imię brzmi Jassiminar’o’Niver-Trix’o’Anismodaí’No-Ven’Sí’Rhast!
- …Czyli w skrócie Rhast. I nie smok, tylko pseudosmok – sprostował Amrod.
- Pseudo? – obruszył się Rhast. – Pseudo?! Ty mi tu nie podkopuj reputacji! Jestem najprawdziwszym w świecie smokiem! – zwrócił się do Lúthien. – I potrafię ziać ogniem! – dodał z dumą, po czym rozdziawił paszczę i zademonstrował swoje umiejętności, wypuszczając z niej strumień ognia, który przeorał ziemię tuż przed stopami druida.
- Miło mi cię poznać, Jass… eee… Rhast – powiedziała Lúthien, starając się nie zwracać uwagi na żądzę mordu wymalowaną na twarzy Amroda. – Jestem Lúthien Erfalas, paladynka.
- TA Lúthien? – zapytał zaskoczony smok, zwracając się do Amroda. Druid przesłał mu jedynie spojrzenie, które byłoby w stanie zatopić średniej wielkości flotę, więc Rhast od razu się zreflektował. – To znaczy: to dla mnie wielki zaszczyt, że mogę cię poznać, Lúthien, mimo, że nigdy wcześniej nie słyszałem o tobie nic od żadnego druida…
Amrod załamał ręce i spojrzał na dach namiotu, jakby spodziewał się, że jakiś miłosierny bóg zlituje się nad nim i porazi to skrzydlate utrapienie, które mówiło zdecydowanie za dużo.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zresztą, Amrod poważnie wątpił i w to, czy nawet najpotężniejsze wyładowanie byłoby w stanie coś zrobić tej – jak by nie patrzeć – magicznej i wąsatej jaszczurce.
- Teraz już wiesz, Lúthien – westchnął po chwili druid – dlaczego trzymam go w torbie podróżnej. Po prostu boję się go wypuszczać, gdy w pobliżu są jacyś ludzie…
- Boisz się?! – obraził się Rhast. – No wiesz?! Czy ja jakiś straszny jestem, czy co?
- Ależ skąd! – zapewniła paladynka. – Wcale nie jesteś straszny! Wyglądasz na bardzo milutkiego! A poza tym masz bardzo piękne łuski i… oczka.
- Już ją lubię! – krzyknął smok do Amroda, po czym podleciał do paladynki i usiadł jej na kolanach. – Jak chcesz, to możesz mnie pogłaskać!
Dziewczyna delikatnie położyła dłoń na łbie smoka i pogładziła go kilka razy.
- Hmm… – rozmarzył się smok. – Cóż za aksamitny dotyk! O tak, podrap mnie tam! Nie, nie tu, trochę niżej… W lewo, za różkami… O taaak! Mmmrrr… – i zaczął mruczeć jak kot.
- Hej! – powiedział Amrod, ze śmiechem. – Nie rozpieszczaj mi go tak, bo jeszcze sobie pomyśli, że go ktoś lubi!
- Milutki jest – odrzekła na to paladynka. – Skąd go masz.
- Dostałem go od pewnego skośnookiego handlarza suknem. W czasie rejsu z Fál do Rastavenu uzdrowiłem jego córkę i chciał mi się w ten sposób odwdzięczyć. Wprawdzie nie chciałem żadnej zapłaty, ale ten człowiek się uparł i wcisnął mi tą latającą jaszczurkę, mówiąc, że tam, skąd pochodzi jest takich dużo i że są bardzo pomocne. Pomyślałem sobie: „Czemu nie? Może jednak do czegoś się toto przyda?”. I rzeczywiście. Jeśli trzeba szybko podgrzać wodę lub jakąś miksturę a nigdzie w pobliżu nie ma palnika ani czarodziejek, to jest jak znalazł! Poza tym nieźle łapie muchy… Ale niestety przeważnie więcej z niego utrapienia niż pożytku. Już wiem, dlaczego ten kupiec tak chętnie się go pozbył… Najgorszy jest, jak się rozgada.
- Bo ty po prostu nie potrafisz zrozumieć tego co mówię! – wyjaśnił Rhast. – Ale jestem w stanie ci to wybaczyć, gdyż jesteś prostym człowiekiem, nie zdolnym swym ograniczonym umysłem pojąć smoczych mądrości.
- Chciałeś chyba powiedzieć: pseudosmoczych – poprawił go Amrod. – Kolejny raz ci przypominam, że jesteś pseudosmokiem! Nie ma takich krótkich smoków! Wyglądasz mi na robotę maga i to dosyć nieudolnego i złośliwego.
- A ja kolejny raz ci przypominam, że jestem najprawdziwszym smokiem! Tam, skąd pochodzę, jest nas całe mnóstwo! Zresztą, wiedz, że my nie inwestujemy we wzrost, tylko w rozum! – Rhast wskazał ogonem na swą głowę.
- No cóż… – stwierdził druid. – Jak na razie chyba nie masz z tej inwestycji zbyt dużych zysków…
- Ha! Tak ci się tylko wydaje! Wiedz, że traktuję swoją wiedzę jak skarb, który ukrywam przed tymi, którzy nie są godni, by go ujrzeć!
- Taaak… – Amrod znów uśmiechnął się szelmowsko. – I ukryłeś ten skarb tak dobrze, że teraz sam ni możesz go znaleźć?
- Wiesz co ci powiem?! – wrzasnął mocno już zdenerwowany smok. – T’es’erris a’Ve ib arse!!!
- Sam się pocałuj!!! – odkrzyknął druid.
- Przestańcie już! – przerwała im serdecznie rozbawiona tą rozmową Lúthien. – Zawsze się tak kłócicie?
- To on zaczyna! – odpowiedzieli obaj jednocześnie i po chwili śmiała się już cała trójka.
- Ech – westchnęła Lúthien, gdy już się opanowała. – Miło mi się tak tutaj z wami siedzi, ale obawiam się, ż powinnam już wracać do wioski… Muszę się zająć moją przyjaciółką…
Wstała powoli, by Rhast mógł sfrunąć z jej kolan.
- Szkoda… – westchnął smok.
- Naprawdę szkoda – dodał Amrod, lecz nie pozostawało mu nic innego, jak tylko wyjść za nią na zewnątrz.
Już tylko księżyc i gwiazdy oświetlały granatowe niebo – zapadła noc. Drużyna Sanasira siedziała przy rozpalonym nieopodal ognisku, rozmawiając głośno i śmiejąc się co jakiś czas.
Lúthien przez chwilę patrzyła w ich stronę, po czym zerknęła jeszcze w stronę drogi do Feranë, która za chwilę ruszy i odwróciła się do Amroda.
Druid nagle zdał sobie sprawę z tego, że sposób, w jaki światło ogniska tańczy w jej jasnych włosach, w połączeniu z tym, jak jej oczy, w których kryje się jakby iskra smutku związana z tym, że musi już iść, wpatrują się w niego, oraz to, że właśnie ta dziewczyna, której szukał przez ostatnie trzy lata stoi tutaj, zdecydowanie zbyt blisko niego, w znaczny sposób ograniczały jego zdolności do bycia jej przyjacielem…
Na szczęście opanował się, nim zdołał zniszczyć jeszcze i tą ostatnią więź, jaka między nimi pozostała.
- Odprowadzić cię? – zapytał cicho.
- Nie – odpowiedziała. – Nie trzeba… Bywaj, Amrodzie – dodała jeszcze i ruszyła w stronę wioski.
- Bywaj… Lúthien?
- Tak? – zatrzymała się jeszcze i spojrzała przez ramię.
- Jutro też tu będziemy – powiedział, gdyż nic lepszego nie przyszło mu do głowy. – Przyjdź.
- Nie wiem, czy będę mogła…
- Przyjdź. Proszę.
- No… dobrze – uśmiechnęła się. – Postaram się – dodała jeszcze, po czym odwróciła się i odeszła.
Amrod patrzył w ślad za nią, aż zniknęła za zasłoną drzew. Stał tak jeszcze przez chwilę, rozmyślając o czymś. A każda z tych myśli była jak wielkie, stalowe wrota, które zamykają się z głuchym odgłosem, po to, by już nigdy nie zostać otwartymi.
W końcu westchnął ciężko i odwrócił się, zamierzając wejść z powrotem do namiotu, lecz tuż przed jego twarzą zatrzepotał skrzydłami Rhast. Zawisł tak w powietrzu , przez chwilę przyglądając się druidowi, po czym zapytał ze zdziwieniem:
- No i na co jeszcze czekasz?! Biegnij za nią!
Bo mimo wszystko nie był to głupi smok.
Amrod uśmiechnął się ponuro, opuścił wzrok i wyminął go.
- Gdyby tylko to było takie proste… – powiedział jeszcze, nim zniknął w namiocie.
Bo Amrod – niestety – był głupcem.
* * *
Czerń nocy spłynęła na las i rozlała się po wszystkich jego zakamarkach. Mrok niczym całun okrył mieszkańców jego prastarych ostępów. Niektórzy z nich właśnie zasypiali, lecz sądząc po odgłosach, jakie zewsząd dobiegały, znaczna ich większość dopiero wyruszała na polowanie.
Narvan nigdy nie spał i Lúthien wiedziała o tym bardzo dobrze. Wystarczyło się tylko wsłuchać w jego szum o dowolnej porze dnia lub nocy, by samemu się przekonać, że gdzieś nieopodal jest coś żywego, z czym raczej nie ma się ochoty spotkać…
W tej chwili na przykład wiatr niósł gdzieś z oddali smętne wycie wilka.
Paladynka zdążyła się już przekonać, że w lasach Narvanu można spotkać większość stworów z sześciotomowej „Wyelkyey Encyklopedyi Potworów” – księgi, z której zdobywała o nich wiedzę w świątyni Nerhena.
Na szczęście dziewczyna miała przypięty do pasa swój miecz, więc w razie spotkania z jakimś zabłąkanym stworem powinna sobie poradzić. Zresztą – z obozowiska Sanasira wcale nie było tak daleko do Feranë.
Lúthien rozmyślała o ponownym spotkaniu z Amrodem. Spodziewała się tego, że druid będzie chciał wracać do wydarzeń ze świątyni. Na szczęście była na to przygotowana.
A on, swoją drogą, powinien był się liczyć z konsekwencjami swych czynów, gdy odrzucał jej miłość.
Zresztą, teraz i tak nie miało to już znaczenia.
Teraz była z Thorinem. Postanowiła, że wracając do domu wstąpi jeszcze do niego na chwilę.
Szła powoli, patrząc pod nogi, by nie wchodzić w kałuże i błotniste odcinki drogi, które pozostały po niedawnych opadach.
Nagle, zza drzew po lewej stronie drogi wyskoczył jakiś biały od stóp po czubek głowy człowiek. Z nieprawdopodobną szybkością przeciął trakt w odległości około dwudziestu stóp od paladynki i nim zdążyła ona podnieść głowę, by lepiej przyjrzeć się kto, lub co to jest, zniknął w lesie po prawej. Dziewczynie udało się dostrzec jedynie jakiś czarny kształt, który niczym płaszcz ciągnął się za postacią.
Nie namyślając się wiele, Lúthien rzuciła się za nią biegiem.
„Być może jest to ubrany na biało człowiek…” – myślała, przemykając pomiędzy drzewami za jasnym kształtem majaczącym przed nią. – „…Ale równie dobrze może to być jakiś nieumarły. Porusza się za szybko jak na zwykłego ożywieńca, więc musiałby to być lisz! O nie, mój drogi! Tym razem mi już nie uciekniesz!”
Od jakiegoś czasu mieszkańców Feranë niepokoił lisz. Lúthien już kilka razy odnajdywała kryjówki tego nieumarłego maga na starożytnych cmentarzyskach, lecz zawsze udawało mu się jakoś uciec. Zaczynało ją to już nawet denerwować – przecież lisze były naprawdę potężnymi nekromantami, tymczasem ten bał się konfrontacji ze zwykłą paladynką.
Tym razem jednak Lúthien nie zamierzała ułatwiać mu ucieczki – biegła tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to zarośla, przez które musiała się przedzierać. Jej wysiłki przynosiły rezultat – z każdą chwilą zbliżała się do uciekającego.
- Stój! – krzyknęła, lecz nie dało to żadnego widocznego efektu.
„Aha, więc wolisz uciekać, tak?” – pomyślała. – „Czymkolwiek więc jesteś, na pewno masz coś na sumieniu! Zobaczymy, co będziesz mieć na swoje usprawiedliwieni, gdy cię złapię!”
Jakiś czarny kształt wciąż sunął tuż za uciekającym na wysokości pleców, zasłaniając część jego sylwetki.
To było coś, jakby…
„Skrzydła?”
„Lisze nie mają skrzydeł…”
Lúthien zawahała się na chwilę i zwolniła nieco, przez co uciekającemu humanoidowi udało się zwiększyć dzielący ich dystans.
„Czym jest ten stwór, skoro ma skrzydła?” – pomyślała paladynka, przyspieszając. – „Harpią? Gryfonem?”
Dziewczyna wiedziała, że było to mało prawdopodobne – w takim wypadku stworzenie to miałoby całe ciało pokryte brązowymi piórami. Co prawda trafiały się i osobniki o białym upierzeniu, lecz była to prawdziwa rzadkość.
Poza tym żyły one na kontynencie Aanaar, na południu i nigdy nie zapuszczały się w te rejony.
„Nieważne czym to jest.” – stwierdziła w końcu. – „Ważne, że ucieka. Wszystko się wyjaśni, gdy tylko to złapię. Wtedy się pobawimy!”
( JEŻELI MAMY SIĘ BAWIĆ ) – oznajmiła paladynce jakaś obca świadomość – ( TO TYLKO NA MOICH WARUNKACH ) – i w jej umyśle rozległ się śmiech. Całkowicie bezosobowy, tak samo jak myśl go poprzedzająca, lecz niosący z sobą ładunek zimnej satysfakcji i wyrachowanego szyderstwa. Najdziwniejsze jednak było w nich to, że pojawiły się bezpośrednio w jej umyśle, bez udziału fal dźwiękowych i zmysłu słuchu.
Lúthien znów zwolniła, zaskoczona tym, czego przed chwilą doświadczyła. Ten humanoid, za którym gnała przez las, najwyraźniej posiadał zdolności telepatyczne. Wszystko to robiło się coraz bardziej interesujące…
Znów zwiększyła szybkość, chociaż uciekająca postać całkowicie zniknęła jej już z oczu. Co chwila jakiś czarny pień zagradzał jej drogę, lecz ona omijała go zręcznie, przeskakiwała nad krzakami jeżyn i powalonymi drzewami, pochylała się, przebiegając pod wiszącymi nisko gałęziami i wciąż parła do przodu.
Las skończył się nagle i Lúthien wybiegła na polanę. Zatrzymała się i szybko rozejrzała dookoła w poszukiwaniu uciekiniera, lecz już go tutaj nie było.
Wiedziała co to za miejsce. Kamienne nagrobki wznosiły się w wielu miejscach, ponad niewielkimi kopczykami ziemi. Gdzieniegdzie stały pojedyncze obeliski, w całości pokryte runami.
To był Nowy Cmentarz – miejsce, w którym chowano zmarłych mieszkańców Feranë.
Na prawo znajdowały się wzgórza z polami uprawnymi osadników, zaś w oddali, na południu, widać było masyw Starych Gór.
Lúthien była tutaj już nieraz, chociaż tak właściwie nigdy nie lubiła cmentarzy. A pojawiających się na nich nieumarłych – jeszcze mniej.
Paladynką została głównie dlatego, że już od dziecka wykazywała duże zdolności do przyswajania sobie czarów kapłańskich i świetnie władała mieczem. To znaczy – jako dziecko władała drewnianym mieczem, co nie zmieniało faktu, że okoliczni chłopcy nieraz kończyli swoje wybryki przeciwko niej, bądź jej koleżankom z obolałą głową, kończynami i niejednokrotnie także i tyłkiem.
O tak, już od najmłodszych lat dziewczyna wykazywała skłonności do pilnowania porządku.
W świątyni w Túminë nauczono ją wszystkiego, co powinna umieć paladynka – począwszy od kapłańskiej magii ofensywnej i defensywnej, poprzez wiedzę o wszelkich stworach, aż po walkę z nimi.
Mimo wszystko dziewczyna wolała likwidować stworzenia pozbawione dusz. Zaś same dusze w postaci duchów i upiorów wolała omijać z daleka.
Na szczęście do tej pory w Feranë musiała walczyć tylko z jednym upiorem. Tak się przestraszyła, gdy zmaterializował się kilkanaście stóp od niej, że zamiast użyć egzorcyzmów, rzuciła na niego ośmiopoziomowy czar Większej Anihilacji, zużywając na niego dość pokaźny ładunek energii. Czar zadziałał całkiem nieźle – z upiora nie pozostała nawet garść ektoplazmy. Natomiast Lúthien…
Rolnicy znaleźli ją dwa dni później. Mówili, że leżała nieprzytomna przy ogromnym leju w ziemi (chociaż wszyscy mogliby przysiąc, iż kiedyś w tym miejscu był usypany dość pokaźny kurhan, na którym ponoć straszyło…). Zabrali ją do wioski, gdzie szybko odzyskała siły pod opieką Seline.
Od tamtej pory jednak paladynka była oszczędna zarówno w rzucaniu czarów powyżej czwartego poziomu, jak i w ilości wykorzystywanej przy tym energii.
W tej chwili natomiast zastanawiała się, gdzie też mógł się podziać tajemniczy uciekinier.
Miała trzy możliwości do wyboru: albo w ogóle tutaj nie dotarł, tylko czmychnął gdzieś w bok jeszcze w lesie, albo minął polanę i pognał gdzieś dalej, albo też ukrył się za którymś z nagrobków. W pierwszych dwóch wypadkach dziewczyna nie miała już większych szans na odnalezienie go, dlatego też postanowiła przeszukać cmentarz.
Już miała się do tego zabrać, gdy nagle usłyszała szelest liści i trzask łamanych gałęzi dobiegający z lewej strony polany. Coś się zbliżało, więc Lúthien szybko schowała się za najbliższym drzewem, nie chcąc tego czegoś spłoszyć swoją obecnością. Miała nadzieję, że jest to właśnie ten humanoid, którego goniła, dlatego też wpatrywała się uważnie w miejsce, z którego dobiegały odgłosy i czekała.
Szelest powtórzył się jeszcze kilka razy, po czym gałęzie krzewów rosnących przy tamtym skraju polany rozchyliły się i po chwili wyłonił się zza nich gadzi łeb, a za nim reszta cielska skalnego smoka.
Lúthien wstrzymała oddech, wpatrując się z przerażeniem w drapieżnika, a serce tłukło jej się w piersi jak szalone.
„Uciekać!” – pomyślała, lecz wiedziała, że nie powinna ruszać się zbyt gwałtownie, gdyż gad od razu by to zauważył i rzucił się na nią. A w takim wypadku daleko by nie dobiegła…
Tymczasem potwór zatrzymał się i zaczął węszyć.
Skalne smoki, wysokie na około sześć stóp i długie na piętnaście, poruszały się na czterech, uzbrojonych w długie i ostre pazury łapach. Ich ogony zakończone były łuskami formującymi coś na kształt kolczastej maczugi. Stwory te – mimo swych rozmiarów – były niesamowicie szybkie i zwinne, chociaż niektóre zwierzęta mogły przed nimi uciec, gdyż drapieżniki te szybko męczyły się w czasie pościgu. Zwykle spotykało się je w górskich okolicach, gdzie wykorzystując swe zdolności mimiczne upodabniały się do otaczających skał i wypatrywały nieostrożnych kozic. Na bardziej zalesione obszary zapuszczały się dopiero wtedy, gdy głód naprawdę zaczął im doskwierać.
Dwa lata temu jeden z nich pojawił się przy kopalniach. Zabił czterech górników i dwóch strażników. Thorina i ośmiu innych dotkliwie pogryzł bądź poranił. W końcu jednak udało się go zabić, chociaż było naprawdę ciężko.
W tej chwili Lúthien miała na sobie buty (prezent od Thorina) wykonane z jego pokrytej dużymi, szaro-brązowymi łuskami skóry. Zdecydowanie wolała te gady w takim właśnie wydaniu.
Niestety, potwór na polanie był wręcz nachalnie żywy, gdy tak powoli przemierzał polanę, kierując się w stronę wzgórz.
Paladynka, najostrożniej jak tylko mogła, przesunęła się, by być jak najmniej widoczną za drzewem i nie przyciągać niepotrzebnie uwagi smoka. Niestety nie udało jej się to tak, jak by sobie tego życzyła, gdyż w martwej ciszy, jaka zwykle w takich chwilach zapada, rozległ się zadziwiająco głośny trzask łamanej jej stopą gałązki.
Lúthien zamarła, widząc, jak stwór zatrzymuje się, gwałtownie zwracając łeb w jej stronę, po czym zwinnie obraca resztę cielska, przygotowując się do pościgu.
Wszystko wskazywało na to, że już wiedział, iż coś tam jest i właśnie miał zamiar sprawdzić, czy będzie się to nadawało na kolację.
Sama nie miała żadnych szans w starciu z potworem, tym bardziej, że skalne smoki (tak samo jak i inne z tego pradawnego gatunku) były całkowicie odporne na magię.
W takiej sytuacji pozostało jej tylko jedno wyjście – uciekać. I to jak najszybciej. Mimo iż wiedziała, że daleko nie ucieknie.
Tak też zrobiła. Nie czekała nawet, aż usłyszy dudnienie łap ruszającego do ataku potwora. Chociaż rozległo się ono dokładnie w chwili, gdy i ona postawiła swój pierwszy krok.
Biegła ile sił w nogach, lecz słyszała, że drapieżnik jest tuż za nią i każdą chwilą się zbliża.
Serce waliło jej jak oszalałe, gdy przeturlała się pod powalonym pniem drzewa. Współbrzmiało idealnie z rytmem jej kroków, stawianych w szaleńczym tempie.
I już prawie czuła, jak ostre niczym sztylety zębiska gada wgryzają się w jej szyję, a ostre jak brzytwa pazury szarpią jej ciało, lecz zamiast tego…
Poczuła jedynie, że wpada na nią coś z boku. Krzyknęła głośno, gdyż przez chwilę myślała, iż to rzeczywiście skalny smok ją dopadł, lecz na szczęście – a przynajmniej wydawało jej się, że na szczęście – było to coś innego. Coś, co złapało ją w pasie, przerzuciło przez ramię i gnało tak z nią przez las.
A poruszało się niesamowicie szybko – o wiele szybciej, niż pędzący za nimi drapieżnik. Ze swej pozycji Lúthien widziała, że skalny smok, który rzeczywiście był tuż za nią, zostaje coraz bardziej w tyle, by po chwili całkiem się zatrzymać. Lasem wstrząsnął jeszcze tylko jego gniewny ryk.
Wszystko wskazywało na to, że udało im się uciec.
Mimo to stwór niosący paladynkę nie zatrzymywał się. Pędził wciąż przez las, nie zmieniając prędkości.
Lúthien była pewna, iż nie był to człowiek, gdyż całe ciało miał pokryte sierścią. Oprócz tego miał jeszcze puszysty ogon i – o dziwo – spodnie.
Zatrzymał się tak niespodziewanie, jak się pojawił. Po prostu stanął nagle i tylko lekko nachylił się do tyłu, by zrównoważyć siłę przyspieszenia. Zdjął dziewczynę z ramienia i rzucił ją na ziemię.
Wtedy Lúthien zobaczyła swojego „wybawcę” w całej okazałości.
To był wilkołak.
Nachylał się nad nią, szczerząc kły i warcząc cicho.
„No po prostu świetnie!” – pomyślała – „Uratował mnie przed skalnym smokiem tylko po to, żeby teraz sam mógł mnie zeżreć!”
Ale Lúthien wcale nie miała ochoty zostać czyjąś kolacją. Skalny smok to było dla niej zbyt trudnym przeciwnikiem, lecz wilkołak był akurat w rozmiarze, z którym świetnie sobie radziła. W końcu nie po to nosiła z sobą miecz, by dać się pokonać komuś zaledwie dwa razy większemu od niej!
Szybkim skokiem przeszła więc z pozycji leżącej do stojącej i wyciągając miecz z pochwy od razu przeszła do ataku. Wilkołak w ostatniej chwili odskoczył przed błyskawicznym ciosem od lewej, od dołu. Nie całkiem mu się to jednak udało, gdyż końcówka miecza paladynki rozcięła mu lewe udo. Z rany natychmiast zaczęła sączyć się krew. Likantrop warknął gniewnie, jeszcze bardziej szczerząc przy tym kły.
Tymczasem dziewczyna, wykorzystując siłę pierwszego ciosu, który nie dosięgnął przeciwnika tak, jakby tego chciała, przeszła w piruet, skandując jednocześnie zaklęcie Boskiej Iskry. Powietrze wokół jej lewej dłoni zawirowało od skupiającej się energii i gdy zakończyła obrót, stając na ugiętych nieco nogach i z mieczem wzniesionym nad głową, gotowym do sparowania ewentualnego ciosu, wyrzuciła przed siebie rękę z której wystrzelił pocisk rozpalonego do białości ognia. Przeleciał kilkanaście stóp w powietrzu i rozbił się o pień drzewa, wyrywając w nim przy tym niewielką dziurę, lecz nie zapalając go – był on na to zbyt wilgotny.
Wilkołakowi wyrządziłby zapewnie o wiele większe szkody, gdyby nie to, że stworzenia nie było już na torze jego lotu.
Lúthien wyprostowała się szybko i rozejrzała dookoła. Nie było go już nigdzie w pobliżu. Najwyraźniej zrezygnował ze swej za bardzo żywotnej „zdobyczy” i czmychnął gdzieś do lasu.
- I dobrze! – wrzasnęła w mrok. – Uciekaj sobie! Tym razem ci daruję, ale nie myśl, że następnym razem gdy się spotkamy też będę taka łaskawa!
„Zresztą…” – dodała w myślach. – „I tak nie mam już sił żeby cię gonić…”
Zmęczenie nagle jakby przypomniało sobie o niej i paladynka osunęła się na ziemię pod jednym z drzew. Miała już dosyć tego szaleńczego biegania po lesie. Tym bardziej, że już dawno nie biegała tak szybko i tak długo. Wciąż jeszcze dyszała ciężko, a serce niespokojnie tłukło jej się w piersi.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że siedzi na drodze wiodącej do Feranë. W oddali było już nawet widać zarys wybudowanej dookoła wioski palisady.
„Co za noc!” – pomyślała. – „Już chyba nigdy nie powiem, że w Feranë nic się nie dzieje! Najpierw jakiś dziwny humanoid ucieka przede mną przez las, a potem poluje na mnie zabłąkany skalny smok, przed którym ratuje mnie wilkołak!”
Podniosła się powoli, schowała miecz do pochwy i spojrzała w stronę wioski.
„Thorin nigdy mi w to nie uwierzy…”
* * *
- Nie wierzę – odrzekł Thorin, gdy Lúthien skończyła relację ze swej drogi powrotnej z obozu Sanasira.
W tej chwili siedziała ze swym ukochanym na schodach jego domu. Noc nie była jeszcze zbyt chłodna, więc było im tam całkiem przyjemnie.
- Ale czemu mi nie wierzysz? – zapytała.
- Może i uciekał przed tobą jakiś nieumarły, bądź też nimfa – odrzekł. – Bo skoro mówisz, że to stworzenie miało bladą skórę, to na pewno należało do któregoś z tych gatunków. Skrzydła zapewne tylko ci się przywidziały, w końcu mrok płata oczom różne figle… Może i gonił cię skalny smok. Jeżeli tak, to będę musiał podwoić, albo i potroić straże… Chociaż nie mam aż tylu ludzi, by to zrobić… Nigdy natomiast nie uwierzę w to, że przed smokiem uratował cię wilkołak. Wątpię w to, by jakiekolwiek stworzenie było na tyle głupie, żeby próbować odebrać zdobycz takiemu drapieżnikowi. Pewnie wlazłaś na jakieś drzewo i tam poczekałaś, aż gad sobie pójdzie, a tą historię z wilkołakiem wymyśliłaś teraz, żeby było ciekawiej – zakończył z uśmiechem.
„Ależ ja jestem głupia!” – pomyślała paladynka. – „Że też nie przyszło mi do głowy, żeby wdrapać się na drzewo! Chociaż pewnie siedziałabym tam do teraz… Oczywiście, o ile skalny smok by sobie z nim nie poradził…”
Co prawda siedzenie na drzewie nie byłoby zbyt bohaterskim wyczynem, lecz Lúthien zawsze uważała, że bohater (ewentualnie bohaterka), który wie, kiedy powinien wdrapać się na drzewo, będzie bohaterem znacznie dłużej niż taki, który stoi na ziemi i z wyciągniętym mieczem czeka na szarżującego nań skalnego smoka.
Przytuliła się do Thorina, opierając głowę na jego ramieniu. Teraz nie bała się już niczego. Przy jego boku mogłaby walczyć nawet i z setką skalnych smoków. Walka ta zapewne nie trwałaby zbyt długo, ale nie o to tutaj chodziło. Przy nim zawsze czuła się spokojna i bezpieczna.
- Przecież wiesz, że w tych lasach żyje mnóstwo stworów – powiedziała po chwili. – Ja dzisiaj po prostu miałam pecha i natknęłam się na troje z nich. Czemu nie możesz w to uwierzyć…? A co do skalnego smoka, to uważam, że naprawdę powinieneś zwiększyć straże. To ogromne zagrożenie dla całej Feranë, tym bardziej, że jak sam mówiłeś, palisada zawaliła się w kilku miejscach…
- Tak, to przez ten deszcz. Woda podmyła niektóre słupy, ale już się nimi zajęliśmy… Hej, nie rób takiej miny, no! – powiedział, widząc że dziewczyna patrzy na niego z wyrazem twarzy głęboko zranionego stworzenia. – Już dobrze, wierzę ci! – dodał jeszcze i pocałował ją w czoło.
Lúthien uśmiechnęła się najmilej jak tylko potrafiła, lecz nie była przekonana co do prawdziwości tego zapewnienia.
- Ale nie tylko skalnych smoków musimy się obawiać – westchnął Thorin.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- W kopalni naprawdę są skolopendromorfy. Górnicy dokopali się do ich gniazda. Siedmiu zginęło… Nie jest dobrze. Nazer kazał zamknąć kopalnię, gdy się o tym dowiedział.
Lúthien zmarszczyła brwi.
- To on ci teraz wydaje rozkazy? – zapytała. – Nie podoba mi się ten Shanghir. Do wszystkiego się miesza! Wiesz, że to on wyrzucił tą szóstkę przybyszów z wioski?
- Tak, wiem – odrzekł. – Ale w przypadku kopalni ma rację. Żeby ją oczyścić z tego paskudztwa potrzebowalibyśmy kilku magów i oddziału porządnie wyszkolonych żołnierzy. Nie wiem, czy moi ludzie się do tego nadają… Nie wiem też skąd biorą się tacy kretyni i dlaczego wybierają akurat służbę w wojsku… Zresztą i tak będziemy musieli czekać, aż przyślą nam magów z Thalmaínu do pomocy. Ty i Seline to zdecydowanie za mało.
- Seline! – ożywiła się paladynka. – Całkiem o niej zapomniałam! Ale… W tej chwili powinna wciąż jeszcze spać…
- Nie martw się tak o nią. Jest silna, z pewnością da sobie z tym wszystkim radę – zapewnił Thorin.
- Nie jestem tego taka pewna… Śmierć Cartha całkowicie wytrąciła ją z równowagi… Tym bardziej, że zginął w taki właśnie sposób… Wiesz… Ja sama nie potrafię sobie wyobrazić co ja bym zrobiła, gdybyś to ty… Nagle…
Słowa uwięzły jej w gardle. Nie potrafiła nawet wypowiedzieć tej strasznej myśli na głos.
- Nie myśl o tym – mężczyzna przytulił ją mocniej, po czym spojrzał jej w oczy. – Przecież wciąż tu jestem. I nie masz nawet pojęcia jak bardzo się cieszę z tego, że i ty tu jesteś… – powiedział i ująwszy jej twarz w dłonie, pocałował ją czule.
Gdy po dłuższej chwili ich usta w końcu się rozłączyły, Thorin spojrzał w niebo.
- Hmm… – uśmiechnął się. – Tutaj patrzą na nas gwiazdy… Może lepiej wejdziemy do środka? – zapytał, a w pytaniu tym kryła się propozycja na miły sposób spędzenia reszty tej nocy.
Lecz Lúthien nie odpowiedziała, gdyż w tej chwili jej uwagę zaprzątało coś innego.
Drogą przecinającą wioskę biegł jakiś człowiek z pochodnią. Gdy tylko ich zobaczył, od razu przyspieszył i zaczął machać ręką.
- To jeden z moich żołnierzy – powiedział Thorin, wstając. – Co się stało?! – krzyknął do biegnącego.
Zdyszany strażnik zatrzymał się przed nimi i opierając wolną rękę na kolanie, zaczął mówić, co chwila biorąc wdech.
- Panie kapitanie… pani Lúthien… Mellinor Assin… nie żyje… znaszliśmy go… przed chatą… Tak samo jak Carth… miał wyrwane serce… a na drzwiach… był napis…
- Napis? – zapytała paladynka. – Jaki napis? „Siedem”?
- Ja nie wiem… Czytać nie umiem… Ale nazer rzekł… że na drzwiach… „sześć” stoi…
- Sześć?!
- Tak… Ale to jeszcze… nie wszystko… – żołnierz spojrzał lękliwie na paladynkę, jakby się zastanawiając, czy powinien mówić dalej.
- A co jeszcze? – zapytała.
- Bo mnie nazer… po panią posłał… A ja po drodze… w domu pani byłem… Otwarte było to i… do środka weszłam… A tam…
- Na Nerhena… – wyszeptała Lúthien. – Seline…?
- A tam… – kontynuował strażnik – panią Seline znalazłem… Nieżywa była… Żyły se otwarła…
Paladynka, słysząc to, nie rzekła już nic, tylko wyrwała się z objęć Thorina i jak szalona pognała w stronę swego domu.
O wiele za późno.
:: Amrod ::
(( Rozdział II: Sześć, cz. I )) [ czwartek, 5 lipica 2007 | 19:55:30 ]
Witam ponownie po dość długiej przerwie. Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze, tym bardziej że zaskakujecie mnie tym, iż wszystkie są tak bardzo pozytywne... :) Dziękuję Wam również za wyłapywanie błędów, na które nie zwróciłem uwagi, bądź też do których jestem już przyzwyczajony :)
Dla takich czytelników aż chce się pisać.
Muszę Was jednakże uprzedzić, że kolejne części w dalszym ciągu będą się ukazywać z mniej więcej miesięcznym opóźnieniem. Jestem po prostu zbyt leniwy. :)
Dodałem odtwarzacz z klimatyczną muzyką, która powinna pomóc Wam wczuć się w atmosferę opowiadania.
Życzę przyjemnej lektury! :)
:: Amrod ::
(( Rozdział I - Siedem, cz. III )) [ czwartek, 31 maja 2007 | 10:04:37 ]
Kogo tam po nocy niesie?! – wrzasnął kowal Vellor, podchodząc ze świecą do drzwi. Nie był zachwycony tym, że ktoś wyrywa go ze snu w środku nocy.
- Otwórzcie, panie! – dobiegł go głos z zewnątrz. – Strażnikiem jestem! Dziewczynę nieprzytomną znalazłem! Pomóc jej trzeba!
- To czemuście ją do mnie przywlekli? – Vellor, nagle zaczął żałować, że w ogóle wstał z łóżka. – Jam nie uzdrowiciel!
- Pod waszym domem leżała! Otwórzcie!
- Diabli nadali… – westchnął kowal, lecz otworzył drzwi. Pomógł nawet żołnierzowi wnieść dziewczynę do chaty i ułożyć ją na kanapie.
W bladym świetle świecy przyjrzeli się dokładniej poszkodowanej. Gospodarz odgarnął jej z twarzy splątane i posklejane włosy, odsłaniając wysmarowaną błotem i krwią twarz.
- Trzeba wezwać uzdrowicielkę – stwierdził strażnik.
- Na Nerhena… – wyszeptał Vellor. – Toć przeca to właśnie jest uzdrowicielka! Seline, żona Cartha! Z miasta wrócić musiała niechybnie… Lećcie po paladynkę, nynie ona ludzi leczy! – zwrócił się do żołnierza. – A ja przez ten czas twarz tej niebodze obmyję.
Strażnik natychmiast pobiegł po pomoc, natomiast kowal – obudzić swą żonę.
- Wstawaj, Lorin! – wrzasnął, szarpiąc ją za ramię. – Musisz mi pomóc coś zrobić, bo sam se nie dam rady!
- Czyś ty, stary, już całkiem zdurniał…? – zapytała kobieta, zaspanym głosem. – Teraz ci się zachciało…?
- Ta ja nie o tym, babo głupia! – warknął, zniecierpliwiony. – Chorą do nas przynieśli! I to jej trza pomóc! Wstawaj!
- Chorą…? Do nas…? – Lorin podniosła głowę z poduszki.
- No przeca mówię! Pani Seline wróciła. I chyba coś poważnego jej się stało, bo leży zakrwawiona u nas na kanapie i nie wiadomo, czy już ducha nie wyzionęła!
Dopiero po tych słowach do kobiety dotarło, że trzeba wstawać. Zerwała się więc szybko z łóżka i zaczęła ubierać.
Tymczasem kowal chwycił wiadro i pobiegł po wodę do pobliskiej studni. Napełnił je szybko i najszybciej jak tylko mógł zaczął wracać. Niestety, po drodze pośliznął się na bocie i upadł na plecy, wylewając wszystko. Klnąc, na czym świat stoi, ponownie podszedł do studni, zaczerpnął wody i stąpając o wiele ostrożniej niż poprzednio, wrócił do chaty.
Lorin, która zdążyła się już ubrać, teraz siedziała obok nieprzytomnej Seline.
- Cóżeś ty tam tak długo robił? – zapytała z przekąsem, widząc swojego męża umazanego błotem. – Nową studnię’ś próbował wykopać?
- Ani słowa więcej! – odwarknął, zatrzaskując za sobą drzwi i stawiając wiadro na podłodze. – Szmatkę jakąś byś lepiej przyniosła!
Kobieta – wciąż z ironicznym uśmieszkiem na twarzy – wstała i zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu. W tej samej chwili otworzyły się drzwi, w których stanął strażnik.
- Byłem pod domem paladynki, panie – powiedział, wchodząc do środka. – Waliłem w drzwi i krzyczałem, lecz nikt nie odpowiadał. Widocznie pani Lúthien nie ma.
- A w chacie swego kapitana byłeś? – zapytała Lorin, która właśnie wróciła ze strzępem czystej szmatki.
- Nie… – odrzekł żołnierz, lekko zaskoczony tym pytaniem?
- Nie?! – wrzasnął Vellor. – To nie wiesz, durniu jeden, że pani Lúthien i kapitan Thorin są z sobą już od ponad roku i że częściej teraz przebywa w jego domu niż w swoim?! Na Nerhena, co za dureń! – wykrzyknął w stronę stropu, wymachując przy tym rękami. Obrócił się w stronę strażnika tak gwałtownie, że ten aż cofnął się przestraszony, po czym wskazał palcem na drzwi. – Leć mi tu zaraz do chaty kapitana i powiedz mu dwie rzeczy – powiedział, mocno podenerwowany kowal. – Po pierwsze: żeby przyszła tu paladynka, bo pani Seline jest w ciężkim stanie, a po drugie, żeś jest głupi i że raczej powinieneś łajno w stajni sprzątać, niż ludzi strzec! No leć! – dodał jeszcze, widząc, że strażnik wciąż stoi jak wryty. – A chyżo!
Słysząc to, strażnik szybko wybiegł z chaty, wprost w mrok deszczowej nocy, by szukać paladynki. Tymczasem Lorin zamoczyła szmatkę w wiadrze z wodą i zaczęła obmywać twarz Seline z błota i krwi. Vellor zaś przyświecał jej z boku świecą.
- Nie wiem skąd ta krew… – powiedziała po chwili kobieta. – Na twarzy ma ino lekkie zadrapania…
- Ręce – zauważył kowal. – Spójrz na jej ręce. Też ma je nią umazane.
Rzeczywiście – dłonie uzdrowicielki również były we krwi. Lecz jak się po chwili okazało – także i tam nie było żadnych głębszych ran oprócz zadrapań.
Lorin zrobiła dziewczynie jeszcze okład na czoło, po czym westchnęła i usiadła na zydlu stojącym przy drewnianej kanapie. Vellor odstawił świecę na stolik i przysiadł obok swej żony.
- Co też mogło się jej przydarzyć? – zapytał szeptem.
- Nie wiem – Lorin znów westchnęła. – Ale obawiam się, że nie było to nic dobrego…
Kowal przytaknął jej ze smutkiem.
Siedzieli tak przez jakiś czas, w milczeniu obserwując nieprzytomną czarodziejkę, gdy nagle jej twarz skrzywiła się w grymasie. Dziewczyna jęknęła cicho i bezgłośnie poruszyła ustami.
- Budzi się! – stwierdziła Lorin, chwytając swego męża za ramię.
- Cicho! – odrzekł ten. – Ona chyba coś mówi… – nachylił się nad dziewczyną. – Męża swego wzywa – stwierdził po chwili. – Coś jakby „Carth” szeptała… Może i po niego powinniśmy byli posłać?
Lorin nie odpowiedziała, gdyż w tej samej chwili usłyszała, że pod ich chatę zajechało kilka koni. Po chwili drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Lúthien.
Cała była przemoczona. Jej sznurowana na piersi zbroja skórzana była zaś niedokładnie związana – widocznie bardzo się spieszyła, gdy ją zakładała. Nie zdążyła nawet założyć skórzanego pasa, który dopiero teraz zdjęła z ramienia i zaczęła zapinać wokół swej talii. Nie wzięła też swego miecza, bez którego zwykle nigdzie się nie ruszała. Za to przez ramię miała przerzuconą torbę z leczniczymi ziołami i miksturami.
- Gdzie ona jest? – zapytała, odgarniając z czoła mokry kosmyk włosów.
Vellor i Lorin rozsunęli się na boki, ukazując paladynce leżącą na kanapie Seline. Lúthien podbiegła szybko do uzdrowicielki i pochyliła się nad nią.
- Co jej się stało? – zapytała.
- Nie wiemy, pani – odpowiedział kowal, rozkładając ręce. – Strażnik pod naszą chatą ją znalazł, tośmy ją wnieśli do środka. Ale co się z nią wcześniej działo, tego nie wiemy… Mogę wam ino powiedzieć, że jakeśmy ją znaleźli, to dłonie i twarz krwią miała umazane.
Słysząc to, Lúthien zmarszczyła brwi, po czym dokładnie obejrzała dłonie Seline i ślady krwi na jej sukni.
- Wyjdźcie na chwilę. – powiedziała.
Zdjęła z ramienia torbę z lekami i zaczęła czegoś w niej szukać. Wyjęła mały, brązowy flakonik i otworzyła go, po czym rozchyliła usta Seline i wlała do nich kilka kropel płynu z buteleczki.
- Prosiłam chyba, żebyście wyszli – powtórzyła, patrząc znacząco na Vellora, który nie ruszywszy się nawet z miejsca, przyglądał się poczynaniom paladynki.
Kowal wraz z żoną opuścili pomieszczenie. Lecz nim wyszli przed chatę i schronili się przed deszczem pod dachem kuźni, Vellor zdążył zobaczyć, że mikstura wzmacniająca zaczęła już działać. Ujrzał, jak nieprzytomna przed chwilą dziewczyna otwiera oczy, by po chwili przesłonić je ręką – zapewne raziło ją światło świecy, gdyż mikstura rozszerzała źrenice. Zanim zamknął za sobą drzwi, usłyszał jeszcze jak dziewczyna pyta cichym i drżącym głosem:
- Gdzie ja jestem…?
I spokojną odpowiedź paladynki:
- Nie bój się, moja droga. Już jesteś bezpieczna…
Więcej już jednak usłyszeć nie zdołał, gdyż przeszedł do kuźni. Oprócz Lorin stał tam jeszcze kapitan Thorin i trzymający w ręce pochodnię żołnierz, który znalazł Seline.
- Pani Lúthien już się nią zajęła – Vellor uprzedził pytanie kapitana. – A nam wyjść przykazała. Widać, że bardzo spieszno jej było do pani Seline.
- Nie ma w tym nic dziwnego – odpowiedział Thorin. – Przyjaźnią się, od kiedy tylko Lúthien się tu sprowadziła.
- Ano, rzeczywiście. Nie dziwota… – przytaknął kowal. – Poza tym wszyscy wiele zawdzięczamy pani Seline. Nieraz ci ona nas już ratowała… Kiedyś, jakem się w kuźni potknął, upadł na żar i rękę całą przypalił, to jużem myślał, że przyjdzie mi się pożegnać z kowalstwem. Ale poszłem do niej, a ona coś tam poszeptała nad tą moją ręką, dała maść na rege…nację skóry i tych, no… ścieńgniów i o! – podwinął rękaw koszuli i poobracał ręką na wszystkie strony, żeby pozostali mogli się jej lepiej przyjrzeć. – O! Ni śladu nie ma! Ale i was, panie, zratowała była – zwrócił się do Thorina. – Jak was to skalne smoczydło napadło!
- Tak – odpowiedział Thorin. – Nienajlepiej wtedy ze mną było… potwór porządnie pogryzł mi udo i połamał kości w obu nogach… Do dzisiaj czuję w nich kiedy zmiana pogody nadchodzi. Ale nie wiem, czy mógłbym dzisiaj chodzić i czy w ogóle bym żył, gdyby nie pomoc Seline… Chociaż Lúthien też już wtedy u nas była – dodał po chwili. – A i ona dobrze leczy.
- Tak, tak – zgodził się Vellor. – Dobrze jest mieć w wiosce też i panią Lúthien, oj dobrze!
Thorin uśmiechnął się tylko, przyznając kowalowi rację, chociaż on akurat myślał o tej sprawie w nieco innych aspektach.
Po chwili drzwi domu otworzyły się i wyszła z nich paladynka. Gdy wchodziła pod dach kuźni, Thorin zauważył, że zniknął gdzieś uśmiech, który zwykle gościł na jej twarzy. W miejsce jego pojawił się smutek i dziwna niepewność.
- Co z nią? – zapytał. Wszyscy podeszli do niej, by jak najdokładniej słyszeć to, co teraz powie.
- Myślę, że nic jej nie jest – uspokoiła ich dziewczyna, a po chwili dodała – przynajmniej fizycznie… Rzuciłam na nią czary uspokajające, więc teraz śpi… Ale lepiej niech ktoś przy niej cały czas będzie…
- No ale skoro mówicie, pani, że nic jej nie jest, to skąd się wzięła ta krew? – zapytał kowal.
- I czemu była nieprzytomna, gdy ją znalazłem? – dodał strażnik.
- To właśnie musimy ustalić… – odpowiedziała paladynka. – Thorin – zwróciła się do ukochanego – zbierz kilku ludzi. Jednego wyślij do Thalmaínu po nazera…
- Nie trzeba – przerwał jej Thorin. – Zgodnie z najnowszym rozporządzeniem arcynazera Caísa, teraz każda osada ma własnego nazera. Nasz przybył dwa dni temu i obecnie przebywa u Thindara… Zapomniałem ci o tym powiedzieć.
Lúthien w żaden sposób nie mogła o tym wiedzieć, gdyż całe ostatnie cztery dni spędziła poza wioską, bezskutecznie próbując pozbyć się lisza, który ostatnio pojawił się w okolicy.
- Ale po co ci nazer, Lúthien? – zapytał Thorin. Doskonale wiedział, że zgodnie z poleceniem Loży, nazerów zawsze wzywa się do wszelkich poważniejszych przestępstw. – Czy coś się stało?
- Obawiam się, że tak… – odpowiedziała. – I sądząc po tym, co powiedziała mi Seline, obawiam się, że jest to bardzo poważna sprawa… Jedziemy do Cartha – dodała podchodząc do koni. – Tam dowiemy się wszystkiego.
* * *
Wszystko wskazuje na to, że jeszcze żył, gdy wyłupiano mu oczy… – stwierdziła Lúthien, klęcząc nad zwłokami Cartha, wodząc nad nimi rękami i sondując je w poszukiwaniu ran. – Umarł dopiero po tym, jak ktoś wyrwał mu serce…
Na ciele zmarłego znalazła jedynie kilkanaście głębokich szram, wyglądających jak ślady po pazurach, ale oprócz tego – nic więcej.
- Czemu mówisz „ktoś”, a nie „coś”? – zapytał Thorin. – Przecież sądząc po tych ranach, mogło to być jakieś zwierzę, lub potwór.
- To na pewno był jakiś humanoid – odparła Lúthien. – Zwierzęta raczej nie wieszają swoich ofiar na łańcuchach. Tylko, że gdyby to był lisz, to na ciele na pewno pozostałyby ślady po użyciu magii. Zaś inni ożywieńcy również nie zadaliby sobie tyle trudu, by znęcać się nad ofiarą, a tym bardziej, by zostawić napis.
- Właśnie, napis… – Thorin podszedł do wykonanych z jasnych desek wrót szopy, na których znajdowało się ogromne, wymalowane krwią słowo YANË.
- „Siedem” – przeczytała Lúthien. – Ale co „siedem”…?
- Wiemy już przynajmniej skąd wzięła się krew na dłoniach Seline. Też wysmarowałem sobie nią ręce, gdy otwierałem te wrota…
- Ale czemu ktoś zabił go właśnie w taki sposób? – zastanawiała się paladynka.
- Nie mam pojęcia – odrzekł jej towarzysz. – Może to była zemsta za coś? Skoro ktoś powiesił go na tych łańcuchach i torturował… Tylko dlaczego? Przecież Carth był spokojnym człowiekiem…
- Panie kapitanie? – jeden z żołnierzy stojących wewnątrz szopy wskazał na zwłoki Cartha. – Co mamy zrobić z ciałem?
- Na razie je zostawcie – odpowiedział. – Poczekamy, aż obejrzy je nazer. Chociaż i tak pewnie nie znajdzie więcej niż ty – zakończył, zwracając się do Lúthien.
- A może jednak… – paladynka zamyśliła się na chwilę. – Pójdę jeszcze raz przeszukać dom. Może jednak coś przeoczyliśmy?
- Dobrze, moja droga – westchnął Thorin. – Ja poczekam tutaj na nazera.
Lúthien wyszła z szopy. Na zewnątrz robiło się już coraz jaśniej – zaczynało świtać. A co najważniejsze – w końcu przestało padać. Z nieba zniknęły nawet wszystkie chmury.
Dwaj żołnierze przy studni pilnowali koni. Rozmawiali o czymś śmiejąc się głośno co chwila. Paladynka obrzuciła ich groźnym spojrzeniem. Wydawało jej się wręcz nieprawdopodobnym to, że mogą się tak zachowywać mimo tegoż, że kilka metrów obok nich leży ciało makabrycznie zamordowanego człowieka… Ich jednak widocznie w ogóle to nie obchodziło…
Minęła ich bez słowa i weszła do domu.
Połamane meble i porozrzucane księgi zaścielały całą podłogę. Bez wątpienia doszło tutaj do walki.
Lúthien schyliła się i zaczęła szukać, chociaż sama nie wiedziała dokładnie czego. Miała jednak nadzieję, że uda jej się znaleźć cokolwiek, co mogłoby chociaż w najmniejszym stopniu pomóc w rozwiązaniu zagadki tego morderstwa. A przede wszystkim – odpowiedzieć na pytania kto i dlaczego to zrobił, czemu zabrał ze sobą serce ofiary i co oznacza to „siedem” na wrotach.
Oglądała więc wszystkie szczątki mebli, czytała tytuły na grzbietach ksiąg i przeglądała ich podarte stronice. Później zbadała zawartość wszystkich szafek i skrzyń, które znajdowały się w pomieszczeniu. W szafkach znalazła tylko naczynia i trochę mikstur (należących zapewne do Seline, zaś w skrzyniach – dwie zbroje – skórzaną i płytową, strój bojowy czarodziejki, dwa miecze, buzdygan i bardzo ładne buty wykonane ze skóry bazyliszka.
Przeszła więc do pomieszczenia sypialnego. Również i tam wszystko przeszukała – niedużą biblioteczkę, szafę na ubrania i łóżko. Lecz i tam nie udało jej się znaleźć nic oprócz ładnego, oprawianego w skórę, ośmiotomowego wydania elfickich ballad, kilku pięknych sukni Seline i kurzu pod łóżkiem.
Znów wróciła do kuchni. Jeszcze raz porozglądała się na wszystkie strony, lecz nic się nie zmieniło.
Nagle, z jednego kąta pomieszczenia wybiegła malutka, szara myszka, przebiegła tuż pod rzędem szafek i zniknęła w dziurze, znajdującej się w ścianie przy ostatniej z nich.
Dzięki temu Lúthien zauważyła, że w szparze pomiędzy szafką a ścianą znajduje się jakiś niewielki przedmiot.
Jako że Lúthien nie należała do kobiet, które histeryzują na widok myszy, spokojnie podeszła do szafki i przyjrzała się temu, co tam leżało. A był to pomięty kawałek pergaminu. Lúthien delikatnie go rozwinęła.
Było na nim zapisane kilka słów w farnëall – starożytnym języku magów:
Man yag, ther m’hiro:
„Dom…(?), 13eb.
Alantië dar’so nan hee”
Asteí o’Sam’end-un (?!)
Dar semaí – s‘farseí.
Paladynka znała farnëall, więc od razu przetłumaczyła tą informację (przynajmniej tyle, ile mogła):
Trzeci rząd, czwarty(a) od lewej:
„(coś?) (?), roku 13.
Miłość silniejsza od śmierci”
Oko Sam’end-un’a (?!)
Silne źródło – sprawdzić.
Lúthien nie była jedynie pewna tego „dom” – w farnëall znaczyło to „pusty”. Jednakże obecność trzech kropek i znaku zapytania wskazywały na to, że jest to jedynie część słowa. Mogło to być na przykład nazwa miesiąca „Domë Sheír”. To by nawet pasowało – „Domë Sheír, roku 13.”
„Oko Sam’end-un’a”…
Lúthien była dumna z tego, że wiedziała kim jest rzeczony Sam’end-un. Uczyła się o nim na demonologii w świątyni Nerhena w Túminë, nim przedmiot ten został całkowicie zakazany przez nazerów.
Sam’end-un był bogiem śmierci w religii Starożytnych. To on przychodził po dusze ludzi, gdy ich żywoty dobiegały końca i to on przeprowadzał ich przez Kryształowy Most do bram Aníronu – krainy zmarłych, bądź też dołączał ich do swego orszaku, w którym czując ból i cierpienie każdej żywej istoty odpokutowywali swe zbrodnie. Ich dusze bez przerwy błagały Sam’end-un’a, by ten w końcu pozwolił im przejść przez Srebrny Most, za którym każdy z nich dostawał nowe życie i nową szansę na dotarcie do wrót Aníronu.
Znak zwany „okiem Sam’end-un’a” umieszczano nad domem, w którym ktoś zmarł. Znak ten był prośbą, by bóg śmierci spojrzał łaskawym okiem na czyny zmarłego i poprowadził go wprost do Aníronu, a jeśli nie – by przynajmniej nie kazał mu cierpieć zbyt długo. Oznaczano nim także groby wszystkich samobójców, którzy według Starożytnych na wieczność dołączali do jego orszaku. Na innych grobach jednakże go nie umieszczano, gdyż jak twierdzono – nie byłoby dobrze, gdyby Sam’end-un zbyt długo interesował się duszą niewinnego śmiertelnika.
Podobno pod koniec epoki Starożytnych, w niektórych miastach składano mu ofiary z ludzi. Ale o tym już Lúthien nie zdążyła się dowiedzieć więcej, gdyż demonologia została wycofana z zakresu nauczania.
Niestety – kartka ta niczego nie wyjaśniła. Lúthien postanowiła, że zapyta Seline o jej treść, gdy tylko ta lepiej się poczuje. I – oczywiście – gdy otrząśnie się po śmierci Cartha…
Schowała więc kartkę do kieszeni przy pasie i znów przebiegła wzrokiem po bałaganie, jaki panował w kuchni.
„Już chyba nic tu po mnie” – pomyślała.
W tej samej chwili z zewnątrz dobiegł ją dziwny, wysoki, lekko skrzypiący i przenikliwy dźwięk – jakby dwa duże bloki metalu przesuwały się po sobie. Paladynka bardzo dobrze pamiętała jakie stworzenia wydają takie odgłosy.
Duszożercy.
A to oznaczało, że właśnie przybył nazer.
Lúthien wyszła więc z chaty. Rzeczywiście – obok szopy właśnie lądował czarny, skrzydlaty stwór, na grzbiecie którego w siodle siedział mężczyzna w lśniącym napierśniku.
Paladynka ruszyła powoli w stronę szopy, a z każdym krokiem czuła, jak przenika ją chłód, który zdawał się ściskać i nakłuwać jej serce tysiącami maleńkich i ostrych igiełek. Dziewczyna czuła, jak z każdym krokiem pochłania i wypełnia ją pustka.
Zawsze tak reagowała na obecność duszożerców – tych smokopodobnych, latających stworów, niewiele większych od koni. Ich ciała pokrywały czarne łuski, które nigdy nie odbijały światła, wręcz przeciwnie – zdawały się je pochłaniać. Z grzbietu wyrastały im potężne, błoniaste skrzydła, również w czarnym kolorze. Ich zakończone długimi i ostrymi pazurami tylne łapy były lepiej umięśnione od przednich, przez co stwór wyglądał, jakby wiecznie czaił się do skoku. Długie szyje wyginały się ku ziemi, tak, że ich łby znajdowały się na wysokości około dwóch stóp. W paszczach znajdowały się dwa rzędy ostrych jak brzytwa kłów. Zewnętrzny rząd wystawał im z mordy krzyżując się – górna szczęka z dolną, co nadawało tym stworom naprawdę upiorny wygląd. Ponad podłużnymi szparami skrzących się purpurowym blaskiem ślepi, wyrastały rogi – wygięte były ku dołowi i do przodu, a kończyły na poziomie kłów. Między rogami zaś, na środku łba znajdował się thrax – narząd wielkości pięści i w kształcie półkuli, świecący białym światłem. Jasność tego światła zależała od ilości oraz i jakości dusz uwięzionych w thraxie – nazwa duszożerców stąd właśnie się wzięła – pochłaniały one dusze swoich ofiar.
Co prawda więzienie dusz w magicznych kamieniach zostało stanowczo zabronione przez Święty Zakon nazerów, jednakże sami dość często wykorzystywali oni w tym celu duszożerców. Tak w ogóle, to zastanawiający był sam fakt, że kapłani (ponoć) jedynego, prawego i miłosiernego boga, przemierzali kontynent na bestiach sprowadzonych z Północnych Równin Chaosu i pożerających dusze wiernych…
Jeździec, którym okazał się być postawny mężczyzna o krótko przystrzyżonych, ciemnych włosach i bladoniebieskich oczach, zeskoczył z grzbietu zwierzęcia. Rozejrzał się dookoła, oceniając sytuację, po czym zapytał stojących najbliżej strażników:
- Kto jest tutaj najwyższy rangą?
- Ja – Thorin zbliżył się do nazera i wyciągnął do niego rękę na powitanie. – Kapitan Thorin.
Nazer nie miał jednak najmniejszej ochoty na to, by podawać mu swoją dłoń. Chciał widocznie w ten sposób podkreślić swoją wyższość – w końcu był ręką sprawiedliwości Nerhena na ziemi.
- A to jest Lúthien, paladynka – Thorin przedstawił ją, gdyż dziewczyna właśnie do nich podeszła.
Nazer zmierzył ją wzrokiem i zwrócił się do niej z wyraźną pogardą w głosie (w końcu Zakon właśnie wydał nowy dekret, według którego kobietom nie wolno było szkolić się w walce wręcz, ani w ogóle pobierać jakichkolwiek nauk. W końcu zostały one stworzone przez Nerhena jedynie po to, by zajmować się domem i rodzić dzieci):
- Słyszałem, że paladynka w Feranë jest młoda, ale nie sądziłem, że to jeszcze dziecko!
- Uwierz mi, panie – powiedział Thorin szybko, nim Lúthien zdążyła zareagować. Kątem oka dostrzegł, że odruchowo sięga już ona do pasa po swój miecz, którego na szczęście zapomniała z sobą zabrać. Zamiast tego spróbowała więc zabić nazera wzrokiem. – Mało kto potrafi dorównać Lúthien w walce wręcz i szybkości, jak również i w sprycie i mądrości. Może i jest jeszcze młoda, lecz swe obowiązki wypełnia znakomicie.
- Cóż, skoro tak mówicie… – skomentował, wciąż z pogardą przyglądając się paladynce. – Jestem Shanghir Dhiro, wojownik i nowy nazer Feranë – zwrócił się z powrotem do Thorina. – Po co mnie wezwaliście?
- Pewien człowiek został zamordowany – odrzekł ten, ruchem głowy wskazując na szopę. – Zresztą zobaczcie sami, panie.
Shanghir przyjrzał się najpierw napisowi na wrotach, po czym wszedł do środka. Lúthien i Thorin podążyli za nim. Nazer przyklęknął nad zwłokami Cartha i zaczął je dokładnie oglądać w poszukiwaniu wszelkich śladów – dokładnie tak samo, jak wcześniej czyniła to paladynka.
Lúthien zaś wspięła się na palce i wyszeptała Thorinowi do ucha:
- Już nic tu po mnie, kochanie. Lepiej wrócę zająć się Seline… Później mi powiesz, co nazer znalazł bądź zdecydował.
Thorin skinął głową.
- Dobrze – odpowiedział. – Jedź do niej. Ona teraz bardzo cię potrzebuje.
Lúthien pożegnała się z nim, po czym wyszła z szopy, szerokim łukiem ominęła duszożercę, dosiadła swego konia i ruszyła w kierunku drogi prowadzącej do Feranë. Nie chciała jechać przez las, gdyż jadąc na koniu byłaby tam znacznie później – gęste zarośla skutecznie uniemożliwiały szybką jazdę.
W chwili, gdy wyjechała na Nowy Trakt (a raczej – prawie w ogóle nie uczęszczaną jego część prowadzącą do Thalmaínu), dostrzegła, że od strony granicy Rastaveńskiej jechał w jej stronę wóz zaprzężony w dwa konie.
- Lepiej, żeby to nie byli bandyci… – powiedziała do siebie, uświadamiając sobie po raz kolejny, że nie ma przy sobie żadnej broni.
Zbliżający się do niej ludzie wyglądali jednak bardziej na kupców – cały wóz wypełniony był rozmaitymi skrzyniami i pakunkami. Na jego przedzie siedział mężczyzna trzymający lejce, obok niego zaś jakaś kobieta. Z tyłu wozu szły dwa uwiązane do niego konie, a za nimi na swych wierzchowcach jechała jeszcze jedna para jeźdźców – również mężczyzna i kobieta.
Lúthien postanowiła więc zaczekać na nich, powitać w Feranë i zaprosić na nocleg do wiejskiej gospody. Zawsze uwielbiała opowieści kupców i nigdy nie przegapiała okazji, gdy tylko mogła usłyszeć nowe. Poza tym zawsze istniała okazja, że kupcy będą mieć coś, co ją zainteresuje.
Człowiek, który powoził, od razu zaczął krzyczeć i wymachiwać rękami, gdy tylko ją zobaczył.
- Panienko! Ej! Panienko! Prr! Stójcie koniki! – wóz się zatrzymał. – Panienko! Pozwól no tutaj!
Lúthien podjechała do wozu i przyjrzała się siedzącym na nim postaciom.
Powożący był potężnie zbudowanym mężczyzną o krótkich blond włosach i niebieskich oczach – zapewne pochodził z któregoś z północnych barbarzyńskich ludów. Wyglądał na dość silnego, by samemu przeciągnąć ten wóz przez cały Nowy Trakt. Miał na sobie czarną, skórzaną zbroję nabijaną ćwiekami i pełną różnych, pospinanych klamrami pasków. Sprawiało to, że zbroja prezentowała się bardzo elegancko, a poza tym pewnie dobrze chroniła noszącego ją przed ciosami.
Paladynka stwierdziła jednak, że nawet i bez tego mężczyzna był bezczelnie przystojny.
Był on zapewnie ochroniarzem siedzącej obok kobiety. Gdy tylko Lúthien na nią spojrzała, od razu stwierdziła, że kobieta po prostu musi być czarodziejką. Była niesamowicie piękna. Miała ciemne, lekko pofalowane włosy sięgające ramion i uśmiechając się przyjaźnie, patrzyła na paladynkę dużymi, ciemnobrązowymi oczami.
Lúthien stwierdziła, że jest ona bardzo podobna do czarnookiej postaci z jej snu – Sinominë.
Kobieta miała na sobie granatową suknię, zdobioną wyszywanymi złotymi nićmi runami i purpurowy płaszcz z obszytym futrem kapturem.
Za nią na wozie leżał lis ze standardowo rudo-białą sierścią i puszystą kitą. On również przyglądał się paladynce.
- No, nareszcie jakiś człowiek na tym zad… eee… zapomnianym przez bogów odludziu! – zakrzyknął radośnie woźnica. – Najmocniej przepraszam panienko, ale czy nie raczyłaby nam panienka powiedzieć, czy gdzieś tutaj w pobliżu nie ma wioski jakowejś?
- Raczyłabym – odrzekła Lúthien z uśmiechem. – Tu niedaleko jest wioska Feranë, właśnie zmierzacie w jej stronę. A jeżeli będziecie dalej podążać tą drogą, to za jakieś dwa, trzy dni dotrzecie do miasta Thalmaín.
- Ha! Słyszałeś, Sanasirze? – wrzasnął woźnica w kierunku pary na koniach, która właśnie stanęła obok wozu.
Mężczyzna nazwany Sanasirem również nosił czarną, skórzaną zbroję nabijaną ćwiekami. Oprócz tego miał krótkie, ciemne włosy i brązowe oczy. Poza tym na plecach miał przypięty miecz, łuk i kołczan, a przy pasie jeszcze dwa sztylety. On z pewnością nie zajmował się handlem.
Kobieta obok niego miała ciemne włosy i oczy również brązowego koloru. Miała na sobie czerwoną kurtkę obszywaną futrem i czarne, skórzane spodnie.
- Słyszałeś? – powtórzył woźnica. – Mówiłem ci, że już jesteśmy w Nes, a ty w kółko powtarzałeś, że nie i nie! Ha! Przegrałeś! Dawaj mi moje dziesięć nirów!
- Spokojnie, Xeeveroth! – odpowiedział jeździec. – Rzeczywiście, wygrałeś. Chociaż założyliśmy się prawie tydzień temu, a od tamtego czasu jechaliśmy prawie bez żadnych przerw. Wtedy na pewno byliśmy jeszcze po Rastaveńskiej stronie granicy.
- Dobra, dobra! – roześmiał się Xeeveroth. – Nie próbuj się teraz wykręcać! Jesteś mi winny dziesięć nirów! Ale rzeczywiście długo już tak jedziemy… Już mnie rzyć boli od tego siedzenia na wozie! Może zatrzymamy się w tej wiosce, co?
- Jestem jak najbardziej za – powiedziała siedząca obok niego kobieta. – W końcu będziemy mogli odpocząć…
- I przespać się w normalnych łóżkach – dodała ta na koniu, uśmiechając się do Sanasira.
- Świetnie! – ucieszył się Xeeveroth. – Chyba macie tam gospodę jakowąś?
- Oczywiście – odrzekła paladynka. – Nazywa się „Pod Wielkim Dębem”.
- A zamtuzik może jaki też się znajdzie? – zapytał jeszcze, z nadzieją w głosie.
- No cóż, domu uciech u nas nie ma, chociaż… O paru kobietach w wiosce ludzie różnie mówią – roześmiała się. – A wy jesteście kupcami?
- A skądże! – odrzekł Sanasir. – Jesteśmy poszukiwaczami przygód. Pomagamy ludziom pozbyć się potworów i pieniędzy. Pozwól, pani, że się przedstawię: jestem Sanasir Illúminë, a oto moja drużyna: ta piękna czarodziejka obok mnie to Nessa Dessirë; ten młodzieniec, któremu tak spieszno do gospody i dziewek wszetecznych to Xeeveroth, wojownik prędki w słowach, a w czynach niestety jeszcze szybszy; obok niego…
- Hej, co to za wrzaski?! – rozległ się zirytowany głos z tyłu wozu. – Spać nie można! Czemu stoimy?
Po chwili nad stertą pakunków ukazały się głowy jeszcze dwóch, nieco zaspanych podróżników.
Pierwszy z nich miał na głowie długie ciemne dredy i niewielką, równo przystrzyżoną brodę, zaś drugi – niezbyt długie i dziwnie układające się do tyłu włosy, koloru… powiedzmy: brązowoszarego (doprawdy ciężko byłoby określić dokładnie ten kolor) i niewielką bródkę z wąsami.
Spoglądał na Lúthien swymi szarymi oczyma z jakimś takim dziwnym wyrazem… Wydawało jej się, że już gdzieś widziała te oczy i tego człowieka… Tylko chyba trochę inaczej wtedy wyglądał…
- Obok niego – kontynuował Sanasir – siedzi nasza druga czarodziejka, Nílmariel. A ci dwaj z tyłu to…
„Amrod” – przypomniała sobie nagle Lúthien. – „Amrod Ringëril.”
Przed oczyma stanął jej obraz świątyni Nerhena w Túminë, oraz pobliskiego drunemetonu. To tam, z kilkunastoma innymi druidami i druidami mieszkał młody Amrod (wtedy nie miał tej brody), w którym zakochała się bez pamięci… Ten jednak wciąż odtrącał jej miłość, a gdy w końcu udało jej się zdobyć jego serce – bez słowa pożegnania zniknął, razem ze wszystkimi z wioski…
Lúthien nigdy mu tego nie zapomniała.
- Ci dwaj z tyłu – ciągnął dalej mężczyzna na koniu – to Feír Hanaris, czarnoksiężnik, oraz nasz druid, Amrod Ringëril. A jak brzmi twe imię, pani?
- Jestem Lúthien Erfalas, paladynka – powiedziała, wciąż patrząc na druida i zastanawiając się, czy on także ją rozpoznał. – Nie lubię, gdy ktoś zwraca się do mnie przez „pani”. Jestem po prostu Lúthien. Z tego, co mówiliście, wnioskuję, iż przybywacie z Rastavenu, tak? Witajcie zatem w Feranë, najdalej na południowy wschód wysuniętej osadzie Nes. Osadzie z pozoru tylko spokojnej – dodała, przypominając sobie wydarzenia tej nocy.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – zaciekawiła się Nílmariel.
Paladynka uświadomiła sobie, że wspominanie o tak strasznym morderstwie ludziom właśnie przybywającym do wioski nie byłoby najlepszym pomysłem.
- Nic – odpowiedziała. – Po prostu miałam ciężką noc… – i znów przypomniała sobie dzisiejszy sen. Całe morze krwi. I całe niebo również. Wszędzie ludzkie kości i szczątki… I stosy. A na jednym z nich Thorin…
„O nie!” – pomyślała. – „To się nigdy nie stanie! Nie pozwolę na to!”
- Druidzie – zwróciła się do Amrod. – Czy potrafisz tłumaczyć sny?
- Tak, Lúthien – odrzekł. – Wciąż potrafię je tłumaczyć. A czemu pytasz?
„A jednak i on mnie rozpoznał” – paladynka aż zdziwiła się, jak bardzo cieszy się z tego faktu. A przecież nie powinna.
- Widzisz… Miałam dzisiaj dziwny sen. I nie mam pojęcia co on może znaczyć… Myślisz, że mógłbyś mi pomóc?
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ci pomóc. Powiedz mi tylko co ci się śniło.
- Nie, nie teraz – stwierdziła Lúthien. – Muszę zająć się… chorą przyjaciółką… Ale rozumiem, że dalej macie zamiar zatrzymać się w naszej gospodzie?
- No pewnie! – wrzasnął Xeeveroth. – Od dawna już marzyłem o łyku piwa! Takiej okazji przegapić nie mogę!
- Dobrze więc – paladynka znów się uśmiechnęła. – Przyjdę wieczorem do gospody. Tam o tym porozmawiamy. Oczywiście, jeżeli nie sprawi ci to problemu, druidzie.
- Ależ skąd. Będę czekał – odrzekł.
- Zatem do zobaczenia – powiedziała jeszcze i zawróciła swego konia w kierunku Feranë i spięła go do biegu.
Amrod patrząc w ślad za odjeżdżającą Lúthien usłyszał telepatyczne pytanie od Nílmariel:
( znasz ją druidzie bo ona ciebie tak )
„Tak znam.” – pomyślał, wiedząc, że czarodziejka w tej chwili podsłuchuje jego myśli w oczekiwaniu na odpowiedź. – „I naprawdę bardzo się cieszę, że znów ją spotkałem. A czemu pytasz?”
( Feír powiedział mi przed chwilą że jej śladem podąża śmierć )
Druid spojrzał na swego towarzysza, który właśnie znów układał się na wozie i okrywał skórami. Nie miał najmniejszego pojęcia co to miało oznaczać. Czyżby Feír myślał, że Lúthien grozi jakieś niebezpieczeństwo? A może chodziło mu o coś innego?
Amrod wiedział natomiast, że jego towarzysz nie powie mu już nic więcej na ten temat. Już nieraz zdarzało mu się mówić różne dość dziwne rzeczy, lecz pytany o nie zawsze milczał…
- Ha! – krzyknął Xeeveroth, gdy Lúthien zniknęła za zakrętem. – Jeżeli w tej wiosce wszystkie panny są tak urodziwe, to coś mi się widzi, że zostaniemy tu dłużej! Wio!
Koła wozu ruszyły powoli po błotnistej drodze, a wraz z nim szóstka poszukiwaczy przygód.
I tak oto drużyna Sanasira przybyła do Feranë – miejsca, w którym wiele miało się zacząć.
A jeszcze więcej skończyć.
:: Amrod ::
(( za chwilę dalszy ciąg programu... )) [ poniedziałek, 30 kwietnia 2007 | 10:17:47 ]
W związku z pewnymi problemami natury technicznej (zalana klawiatura w laptopie i zepsuty komputer stacjonarny) pojawienie się kolejnej części pierwszego rozdziału zostanie opóźnione. :(
Nie martwcie się jednak - nie zamierzam porzucić tego opowiadania w miejscu, w którym właściwie jeszcze nawet się nie zaczęło - zajmę się nim jak tylko uporam się z którymś z tych problemów...
Za wszelką frustrację z tego powodu bardzo przepraszam i proszę o odrobinę cierpliwości.
:: Amrod ::
(( Rozdział I - Siedem, cz. II )) [ wtorek, 3 kwietnia 2007 | 19:28:45 ]
Nareszcie w domu! – westchnęła Seline, zeskakując ze swego konia. – Jak dobrze jest znów tu wrócić!
Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak trzy miesiące temu, gdy wyjeżdżała. Ta sama drewniana chata, którą Carth zbudował własnymi rękami i ta sama kamienna studzienka, z nieco przekrzywionym żurawiem. Ta sama szopa na drewno, w której pracował jej mąż, będący w Fërane drwalem i cieślą, oraz stojąca obok szopy stajenka, w której trzymali konie.
I to właśnie w jej stronę skierowała swe kroki Seline, prowadząc wierzchowca za uzdę. Deszcz znów przybrał na sile, więc i zwierzęciu przyda się odpoczynek w suchym miejscu.
Zdziwiła się jedynie, że nie było słychać szczekania ich psa – Alvara. Było to duże bydlę, owczarek. Nocą zwykle pilnował szopy i już z daleka wyczuwał obcych i obwieszczał ich przybycie donośnym szczekaniem. Zawsze też z daleka wyczuwał Seline, gdy wracała z wioski i ją również witał swym basowym głosem.
„Ale w końcu to już jest stare psisko…” – pomyślała, przywiązując konia do wypełnionego sianem żłobu. – „Mogło mu się raz zdarzyć, że zasnął na warcie. Poza tym dzisiaj jest taka pogoda, że nikt by nawet psa na dwór nie wygonił, więc pewnie Carth wziął go do domu.”
Seline odpięła od siodła juki, w których trzymała mikstury leczące rany i choroby, po czym zdjęła z konia samo siodło i położyła je w kącie stajni. Torby podróżne zarzuciła na ramię i nucąc cichutko swą ulubioną, elficką balladę, ruszyła do domu.
Drzwi do chaty były lekko uchylone, lecz Seline nawet nie zwróciła na to uwagi. Za bardzo cieszyła się tym, że nareszcie wróciła do tego wszystkiego, co kochała najbardziej.
Radość jednak szybko ją opuściła, gdy tylko zobaczyła wnętrze pomieszczenia. Panował w nim nieopisany bałagan. Powywracane i połamane meble walały się wszędzie na ziemi, pomiędzy nimi leżały porozrzucane księgi i pojedyncze, powyrywane z nich stronice.
„To może oznaczać tylko jedno” – pomyślała. – „Złodzieje.”
- Lúmë – szepnęła, aktywując magiczny pierścień, który zaczął świecić, rozpraszając trochę panujący wewnątrz mrok. – Carth? Jesteś tu? – zapytała, lecz nie otrzymała odpowiedzi.
„Pewnie nakrył ich podczas kradzieży… i stąd te ślady walki… Tylko gdzie jest teraz?” – Seline nawet nie dopuszczała do siebie możliwości, że rabusie mogliby coś zrobić Carthowi, gdyż był on rosłym i silnym mężczyzną. Żeby sobie z nim poradzić, musiałoby ich być co najmniej czterech… No chyba, że ktoś podszedł by do niego w czasie snu i niegodziwie pchnął go sztyletem…
Ta ostatnia myśl bardzo nie spodobała się magiczce.
Z tego zamyślenia wyrwał ją głośny trzask, który rozległ się gdzieś obok niej. Przerażona odwróciła się w stronę, z której dobiegł ją ten dźwięk.
Po chwili jednak odetchnęła z ulgą – to tylko jedna z okiennic uderzyła w ścianę domu.
Dziewczyna postanowiła sprawdzić, czy Cartha nie ma w sypialni. Drzwi do tego pomieszczenia również były uchylone. Skrzypiały jednakże o wiele głośniej, niż te wejściowe.
W środku stały tylko trzy meble – nieduża biblioteczka, szafa z ubraniami i łóżko. Pościel na nim była skotłowana, jakby przed chwilą ktoś z niej wstał. To trochę uspokoiło Seline – przynajmniej miała pewność, że jej mąż nie został zaskoczony i zabity w czasie snu. A to oznaczało, że raczej dał sobie radę z bandytami.
W tym samym momencie, gdy to pomyślała, zdała sobie również sprawę z tego, że coś ją obserwuje. Uczucie to było tak silne, że sprawiło, iż przebiegł ją dreszcz, który podniósł każdy, najmniejszy włosek na jej karku. Wiedziała nawet, gdzie to stworzenie się znajduje – kątem oka dostrzegła nieznaczny ruch we wnęce pomiędzy szafą a ścianą. Siedziało tam i gapiło się na nią, mimo że ona sama patrzyła w inną stronę.
Bardzo powoli i ostrożnie – tak, by nie sprowokować ataku – obróciła głowę, by zobaczyć, co też się tam przyczaiło.
Spodziewała się różnych potworów – ghula, lisza, szyszymory, venrira, czy innego dzikiego mieszkańca Narvanu… Ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że może to być coś tak… zwykłego.
Bo był to pies. Ich pies – Alvar.
Po raz drugi tego wieczoru Seline odetchnęła z ulgą. Uśmiechnęła się, wyciągnęła przed siebie dłoń i przywołując zwierzę, ruszyła w jego stronę.
Psu jednakże się to nie spodobało. Zaskamlał rozpaczliwie, po czym jednym susem wskoczył na łóżko, a drugim wyskoczył przez zamknięte okno, wyłamując przy tym okiennicę. I tylko metalowy łańcuch, uwiązany do szyi czworonoga, zachrobotał o parapet. Seline zobaczyła jeszcze, jak zwierze pędzi z podkulonym ogonem w stronę lasu, by po chwili zniknąć za zasłoną drzew.
Dziewczyna nie miała pojęcia, co ma o tym myśleć. Mogło się zdarzyć, że pies jej nie rozpoznał – w końcu nie było jej przez trzy miesiące… Ale Alvar raczej ugryzłby obcego, niż przed nim uciekał… Czemu więc zachowywał się tak dziwnie?
Seline zdała sobie sprawę z tego, że patrzy przez okna na mętny zarys szopy, rozpływający się w mroku nocy i w strugach deszczu. Szopa ta była jedynym miejscem, do którego magiczka jeszcze dzisiaj nie zaglądała. I mimo że gdzieś w niej coś krzyczało, by nie robiła tego pod żadnym pozorem – postanowiła sprawdzić, czy nie ma tam Cartha.
Wyszła więc z domu, minęła wypełnioną po brzegi studzienkę i stanęła pod drzwiami szopy.
Skobel zamykający wrota był odciągnięty. Seline złapała więc obiema rękami za ich prawe skrzydło. Ze zdumieniem stwierdziła, że od wewnątrz deski także są mokre. Pociągnęła z całej siły – powoli i z oporem drzwi ustąpiły.
I w tedy, w nikłym świetle rzucanym przez magiczny pierścień, ujrzała to, co znajdowało się wewnątrz szopy.
Krzyczała długo.
A potem zaczęła biec.
Znalazła Cartha – rzeczywiście był w szopie. Tyle, że przywiązany łańcuchami za ręce do poziomej belki, podtrzymującej dach. Wisiał jakieś dwie stopy nad ziemią. Pod nim zaś znajdowała się kałuża, do której powoli skapywała krew, spływająca po jego poznaczonym głębokimi ranami ciele z dużej dziury mieszczącej się pośrodku klatki piersiowej. Zaś jego pozbawiona oczu głowa wpatrywała się w ziemię…
Seline biegła najszybciej jak tylko mogła, próbując uciec przed tym, co zobaczyła. Bezwiednie zmierzała w kierunku centrum Feranë – Wielkiego Dębu. Przedzierała się przez zarośla, nie zważając na to, że kolczaste gałęzie drą jej odzież i ranią ciało.
Biegła długo. Przestała dopiero wtedy, gdy opuściły ją siły i nieprzytomna upadła na ziemię.
A deszcz padał dalej, jakby nic się nie stało.
:: Amrod ::
(( Rozdział I - Siedem, cz. I )) [ poniedziałek, 2 kwietnia 2007 | 23:48:57 ]
:: Amrod ::
(( Zapomniana Bogini - Księga Pierwsza: Wiara )) [ poniedziałek, 2 kwietnia 2007 | 23:44:47 ]
Witam.
W związku z dużą ilością wolnego czasu, oraz dużym potencjałem twórczym (a przynajmniej - dobrymi chęciami), postanowiłem zacząć pisać opowiadanie. Będzie to opowieść fantasy o palladynce Lúthien i druidzie Amrodzie, oraz o jego wspaniałej drużynie. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
Pierwsza notka już za chwilę. ^^
:: Amrod ::